Często zdarzało się, że ludzie na wieść o podróży do jakiegoś kraju czy miasta reagowali tak: “Lepiej nie jedź, bo tam jest niebezpiecznie”. Bo rzeczywiście niektóre rejony mają fatalną opinię. Jednak pojechałem i – na szczęście – te przestrogi okazały się przesadzone. Bywały jednak i takie miejsca, gdzie czułem się zagrożony i z ulgą je opuszczałem. Dużo podróży odbyłem zupełnie sam i wszystko przeszło dobrze. Jednak w niektóre obszary naszego globu bez towarzystwa na pewno nie wybrałbym się. Przykłady? RPA, Wenezuela, Brazylia.
Wiadomo, że podstawą bezpieczeństwa osobistego jest wzmożona uwaga, rozsądek i przewidywanie zagrożeń. Tyle, i aż tyle. A najbezpieczniej jest z reguły w krajach dyktatorskich, gdzie policja totalnie kontroluje społeczeństwo. Pamiętamy, że w stanie wojennym w Polsce przestępczość spadła do zera.
Akurat mija ćwierć wieku, kiedy po raz pierwszy pojechałem w prawdziwe tropiki, gdzie słońce wisi wprost nad głową, przez cały rok można zapomnieć co to kurtka, a egzotyczny świat dookoła wyciąga z hotelu na całe godziny. To dobra okazja, by odświeżyć zdjęcia i wspomnienia. Tajlandia, bo o niej mowa, po prostu mnie zauroczyła. Zabytkami, uśmiechniętymi i przyjaznymi mieszkańcami oraz niezwykłą przyrodą. 15 lat później ponownie zawitałem do Tajlandii, ale przejazdem, bo głównym celem była Kambodża. Tym razem zachwyty współtowarzyszy podróży nad urokami starodawnego Syjamu kwitowałem wzruszeniem ramion. Nic szczególnego. Przez ten czas widziałem o wiele więcej ciekawszych miejsc. Ale po kolei.