Tajlandia razy dwa[ 1997, 2012]

              Akurat mija ćwierć wieku, kiedy po raz pierwszy pojechałem w prawdziwe tropiki, gdzie słońce wisi wprost nad głową, przez cały rok można zapomnieć co to kurtka, a egzotyczny świat dookoła wyciąga z hotelu na całe godziny.  To dobra okazja, by odświeżyć zdjęcia i wspomnienia. Tajlandia, bo o niej mowa, po prostu mnie zauroczyła. Zabytkami, uśmiechniętymi i przyjaznymi mieszkańcami oraz niezwykłą przyrodą. 15 lat później ponownie zawitałem do Tajlandii, ale przejazdem, bo głównym celem była Kambodża. Tym razem zachwyty współtowarzyszy podróży nad urokami starodawnego Syjamu kwitowałem wzruszeniem ramion. Nic szczególnego. Przez ten czas widziałem o wiele więcej ciekawszych miejsc. Ale po kolei.

 Ta pierwsza podróż była droga. Przy średniej krajowej w wysokości 1000 złotych kosztowała 2700! Tylko przelot i hotel ze śniadaniem. Dzisiaj za przeciętną płacę można znaleźć all inclusive.  Wyjazd jest niby zorganizowany, ale jestem zdany zupełnie na własne siły. Nikt więcej nie leci. Zaczynam od przelotu do Bukaresztu, gdzie rumuńskimi liniami TAROM kontynuuję podróż dalej. Z tym, że samolot jest mały, ot zwykły B 737, musi być więc międzylądowanie po paliwo. Gdzie wypada? W Abu Dhabi. Nigdy nie zapomnę tego portu lotniczego, przykrytego kopułą, gdzie wszystko kapało od złota. Ceny też… Po dotarciu na miejsce odbiera mnie tamtejsza rezydentka i wiezie do hotelu. Leży nad brzegiem rzeki Menam i oferuje bezpłatny transfer łodzią do centrum[ zdjęcie]. Od następnego dnia będę z tego korzystać każdego dnia. Już około 18.00 szybko zapada noc, co jest dla mnie zaskoczeniem, gdyż spodziewałem się długiego, malowniczego zachodu słońca jak u nas latem. Za to noc rekompensuje ten krótki dzień. Trudno się napatrzeć nie tylko na niespotykane u nas konstelacje gwiazd, ale przede wszystkim na widoki stolicy Tajlandii. Niesamowite! Nawet nie próbuję ich opisywać, gdyż najlepiej zrobił to śpiewem i muzyką Murray Head w piosence “One night in Bangkok” .

Od rana zwiedzam miasto. Robi na mnie ogromne wrażenie swoimi rozmiarami, fotogenicznymi mieszkańcami, ruchem drogowym i zabytkami. Zwiedzam je po kolei rozpoczynając od Wielkiego Pałacu Królewskiego[ zdjęcie]. Oferta gastronomiczna jest przeogromna, ale boję się spróbować dań serwowanych wprost z ulicy. Szukam stacjonarnych lokali, zwłaszcza takich gdzie siedzą turyści z Europy czy Ameryki. Któregoś dnia ruszam jak zwykle do miasta i znajduję je prawie zupełnie puste: bez ludzi, a zwłaszcza wszelkiej maści pojazdów, które normalnie wypełniają szczelnie stołeczne ulice. Co się dzieje? Okazuje się, że akurat jest tajski Nowy Rok. Jako jeden z nielicznych przechodniów rzucam się w oczy. Jakiś tajniak błyska mi w oczy policyjną legitymacją i wypytuje co ja tu robię. Tłumaczę mu, że idę do pobliskiego kościoła, którego wieżę widać wyraźnie. Przygląda mi się bacznie i w końcu pozwala odejść. Nagle dociera do mnie dlaczego mnie zatrzymano. Tajlandia przyciąga tysiące narkomanów z całego świata, którzy za grosze mogą raczyć się tutejszymi poprawiaczami nastroju.

 

 

         Kiedy jako tako nasycam się Bangkokiem postanawiam ruszyć za miasto. Dołączam do jednodniowej wycieczki złożonej z samych Anglików. Czym się różni od polskiej? Że się nikt nie spóźnia. Chociaż nie. Raz zdarzyło się to jakiejś parze. Gdy weszli do autokaru wszyscy patrzyli na zegarki. Oni spuścili głowy i w kółko powtarzali “sorry”.  Sprawdziłem czas. Spóźnienie wyniosło … 3 minuty!  Pierwszy przystanek wypada przy pływającym targu, gdzie starsze przeważnie Tajki sprzedają wprost z łodzi[ zdjęcie] owoce i warzywa. Ale przedtem odbywamy przejażdżkę charakterystycznymi długimi łodziami napędzanymi silnikami, wysuniętymi daleko do tyłu na długiej rurce. Podobnymi łodziami, kto wie czy nie w tej samej wodnej wiosce, wyścigi urządzał James Bond w filmie “Człowiek ze złotym pistoletem”.

Jest ładnie, ale ja nie mogę się doczekać chyba najsłynniejszej atrakcji Tajlandii czyli mostu na rzece Kwai[ zdjęcie]. Spopularyzował go David Lean w filmie z 1957 roku pod tym samym tytułem. Tyle że kręcono go na Sri Lance, przez co plenery zupełnie się nie zgadzają. No i most nie jest oryginalny, gdyż tamten zbombardowali pod koniec wojny Amerykanie. Ale jest malowniczy, podobnie jak i cała okolica. Te sielskie obrazki nie powinny jednak zatrzeć pamięci o budowniczych tzw. Kolei Śmierci prowadzącej z Bangkoku do Rangunu. Zginęło ich ponad 100 tysięcy, zarówno cywilów, jak i jeńców wojennych. Część z nich spoczywa na cmentarzu w pobliskim mieście Kanchanaburi .

          Tydzień szybko mija i trzeba wracać. Tylko jak to zrobić bezpiecznie? Naczytałem się przed wyjazdem, że często w nadawanych walizkach zwykłych turystów podrzucane są narkotyki, z czego Bogu ducha winny podróżny nie może się potem nijak wytłumaczyć. Postanawiam zrezygnować z bagażu głównego i zabrać ze sobą tylko torbę podręczną. To nic, że muszę dużo rzeczy po prostu wyrzucić, ale przynajmniej nie martwię się co będzie na Okęciu

           Jesienią 2012 roku ponownie ląduję na lotnisku w Bangkoku. Zrazu jedziemy do Kambodży[ oddzielna relacja poniżej], a potem niemalże powtarzamy tę samą trasę, którą pokonałem 15 lat wcześniej z Anglikami. Tyle że w dwa dni. Inni są zachwyceni programem, ja tymczasem próbuję wykrzesać z siebie choć cień dawnych emocji. Na przeszkodzie stają te wszystkie miejsca, które w międzyczasie odwiedziłem. Jeszcze ciekawsze. A i sama Tajlandia się zmieniła. Na niekorzyść. Jest drożej i na wskroś komercyjnie. Mimo to polecam.

                                                                                                       Marek Marcola