Kosowo. Czy się bać? 2022

Pod koniec marca 2022 roku, podczas opadającej fali COVID – 19 i w trakcie wciąż gorącej wojny w Ukrainie wybieram się na kilka dni do Kosowa – kraju o niejednorodnych opiniach.  W powszechnym skojarzeniu najbardziej definiują je określenia: wojna, korupcja, skonfliktowane społeczeństwo, handel organami, słaba baza turystyczna, mało do zwiedzania, itd, itp. No cóż, muszę się sam przekonać. Do Prisztiny najłatwiej dostać się przez Wiedeń liniami Austrian, punktualnymi jak przedwojenne Polskie Koleje Państwowe.

 Wprawdzie ze stołecznego lotniska można dotrzeć do miasta autobusem za 3 Euro, ale kursuje on tak rzadko, że trzeba wynająć  osiem razy droższą  taksówkę. Dopiero z powrotem uda mi się skorzystać z komunikacji publicznej. Przez okna samochodu ciekawie przyglądam się miastu. Zabudowa wygląda na dość chaotyczną i eklektyczną. Późniejsze spacery to potwierdzą. Na dobrą sprawę w kosowskiej stolicy na uwagę zasługują pojedyncze miejsca, umiejętnie wykreowane, jak np. Pomnik Newborn[ zdjęcie], który został odsłonięty  7 lutego 2008 roku, czyli w dniu ogłoszenia niepodległości. To w dalszym ciągu sporny fakt, którego nie uznała Serbia, co nie powinno dziwić, gdyż to jej dawna prowincja, ale też minimalna większość państw członkowskich ONZ, łącznie z tą organizacją. Ale  jako niepodległe państwo traktują Kosowo USA, Wielka Brytania, Niemcy. No i Polska. Oficjalny status to protektorat Narodów Zjednoczonych. Od wewnątrz kraj wygląda na zupełnie niezależny, choć niektóre międzynarodowe rozwiązania nie działają, np. tzw. Zielona Karta. Walutą jest nieformalnie Euro, na pewno – jak w przypadku pobliskiej Czarnogóry – za cichą zgodą Unii Europejskiej.

           Miejscem, gdzie o każdej porze dnia i przez pół nocy bije serce stolicy jest deptak Matki Teresy z Kalkuty, która wprawdzie urodziła się w macedońskim Skopje, ale była Albanką co wystarczy, by zasługiwać na cześć w kraju z 90 procentową dominacją tej narodowości. Co więcej, w tym islamskim społeczeństwie nikomu nie przeszkadza, że była członkinią kościoła katolickiego, tak bardzo, że zgodzono się na wystawienie w centrum Prisztiny okazałej bazyliki pod jej wezwaniem. Jest wspaniała! [ zdjęcie]. Wybudowano ją na podobieństwo kościołów wczesnochrześcijańskich, które z kolei były architektonicznie wzorowane na świeckiej bazylice rzymskiej. Urodę i rozmach katedry widać najbardziej wewnątrz, gdzie aż lśni od marmurów i kunsztownie wykonanych detali. Na jednym z witraży przedstawiono postać Patronki z Janem Pawłem Świętym. No i ta przestrzeń. Aż żal, że z tej świątyni korzysta tak mało wiernych. Po prostu więcej ich tu nie ma.

          Z katedry blisko jest do kolejnego ciekawego obiektu, a mianowicie Biblioteki Narodowej[ zdjęcie]. I to nie ze względu na zbiory, ale architekturę. Obecną siedzibę placówki oddano do użytku w 1981 roku i od początku zaczęła budzić kontrowersje. Jednym się podoba[ mnie bardzo], inni mówią wręcz, że jest najbrzydsza na świecie. Powstała jeszcze w czasach Jugosławii, która miała spore osiągnięcia w modernizmie w wydaniu awangardowym. Do dziś uznaniem specjalistów cieszą się są liczne przykłady architektury brutalistycznej. W zasadzie jeszcze jedno miejsce należy w Prisztinie koniecznie odwiedzić. Mowa o pomniku Billa Clintona, ustawionym przy bulwarze… Billa Klintona[ taka właśnie jest pisownia nazwiska na tabliczce]. Skąd tak wiele estymy dla 42 prezydenta USA? Kosowianie uważają, że to on najbardziej przyczynił się do uzyskania niepodległości, gdy walczyli o oddzielenie się od Federacyjnej Republiki Jugosławii. Ale to nie koniec wdzięczności wobec USA – jest jeszcze ulica Georga W. Busha i pomnik Madeleine Albright – sekretarz stanu w przełomowych dla Kosowa czasach.

            Przed wyjazdem zewsząd docierała do mnie informacja, że najciekawszym kosowskim miastem nie jest Prisztina tylko Prizren. Postanawiam to sprawdzić. Autobusem docieram na miejsce i ruszam na obchód. Ze zdjęć, które widziałem wcześniej Internecie zapamiętałem kamienny most na rzece Bistricy. Odnajduję go i przeżywam rozczarowanie. Oczekiwałem czegoś innego, może nie na miarę imponującego mostu w Mostarze, ale jednak większego. Ten okazuje się być krótki i niski[ zdjęcie]. Nie jest też oryginalny, gdyż ten z XVI wieku zniszczyła  powódź w 1979 roku. Ale i tak jego okolice można śmiało zaliczyć do najatrakcyjniejszych w całym mieście. Tu są ciekawe zabytki i oplatające je stylowe kafejki z wystawionymi na zewnątrz stolikami. Często okupują je godzinami tutejsi mężczyźni w każdym wieku. Mówi się, że są taktowni i nie chcą przeszkadzać żonom w pracach domowych…

Drugim obrazem, który utrwalił się w mej pamięci była twierdza, a zwłaszcza pyszny widok z niej roztaczający się[ zdjęcie]. Szybko przekonuję się, że dotarcie na okoliczne wzgórze kosztuje sporo potu, wylanego w coraz mocniej świecącym bałkańskim słońcu. Jednak warto. Znawcy tematu twierdzą, że najlepiej znaleźć się tam o zachodzie słońca, choć mnie zadowala również południe. Z lotu ptaka Prizren przypomina nieco Sarajewo, mimo że jest od stolicy Bośni i Hercegowiny znacznie mniejszy.

                Na tym samym wzgórzu, gdzie rozłożyła się twierdza leży XIV wieczna cerkiew Chrystusa Zbawiciela[ zdjęcie], a właściwie jej pozostałości po podpaleniu przez Albańczyków w czasie zamieszek w 2004 roku. Niszczyli wtedy wszelkie ślady obecności Serbów, nie oszczędzając nawet tych religijnych. Podobny los spotkał znajdującą się w pobliżu mikroskopijną cerkiewkę Świętej Niedzieli, tyle że ją zdążono już odbudować. Na wszelki wypadek pilnuje jej policjant. Jest tak znudzony samotnością i na szczęście  bezczynnością, że wita mnie jak zbawcę i próbuje zagadywać jak najdłużej. Niestety, jego angielski ogranicza się tylko do słów “Thank you”, które w kółko powtarza. Jakoś uwalniam się od niego, schodzę na dół i krążę dalej po mieście. Niestety, to nie jest Dubrownik czy Kotor, gdzie są zwarte starówki i człowiek może zanurzyć się całkowicie w czas przeszły. Tu są tylko wyspy z zabytkami. Po kilku godzinach wracam do stolicy, z niedosytem, ale i przekonaniem, że bez wizyty w Prizrenie pobyt w Kosowie byłby niepełny.

        Pod odpoczynku ruszam znowu na stołeczne ulice i centralny deptak[ zdjęcie] Tym razem baczniej przyglądam się ludziom.  Pisze o tym każdy bloger [ raczej płci męskiej], że wszędzie  w oczy rzuca się mnóstwo pięknych kobiet. Rzeczywiście.  Nawet nie trzeba się specjalnie rozglądać. Są na ogół gustownie ubrane, dobrze umalowane i finezyjnie uczesane. Jakby wprost przyjechały z pokazu mody w Paryżu czy Mediolanie. Ale bez mini. Jednak islam narzuca pewne ograniczenia. Z drugiej strony młodą dziewczynę w hidżabie, czyli w chuście jest wyjątkowo  trudno zobaczyć. Starsze panie zresztą też. W mijanych ludziach widać jakiś dynamizm, niewątpliwie uzyskanie suwerenności dodało im skrzydeł. Przekłada się to na ewidentny boom budowlany, nie tylko w dużych miastach lecz i na prowincji. Sklepy są wybornie zaopatrzone w towary światowych marek, kawiarnie pełne ludzi, a większość aut nie wygląda też najgorzej. Bieda też jest, ale gdzie jej nie ma? Spotykałem ją nawet w bogatych i socjalnych  Niemczech, nie mówiąc o USA, gdzie mało kto przejmuje się ludźmi, którym powodzi się gorzej.

            Sytuacja w Kosowie wydaje się być podobna to tej w Mołdawii. W obu przypadkach obok jest większy i silniejszy sąsiad, gdzie ludzie mówią tym samym językiem i mają zbliżone dzieje. Dlaczego więc Mołdawia nie zjednoczy się z Rumunią, a Kosowo z Albanią? Sądzę, że duże znaczenie mają ambicje polityków w tych mniejszych krajach. Musieliby się przecież zadowolić podrzędniejszymi stanowiskami. Przecież już sam Juliusz Cezar powiedział kiedyś, że wolałby być pierwszy w małej wiosce, niż drugi w Rzymie…

             Czy w Kosowie jest bezpiecznie? Nie mam co do tego wątpliwości. Nie spotyka się podejrzanych typów, pijanych ani rozwydrzonej młodzieży, za to pełno jest uśmiechniętych i życzliwych turystom ludzi. Na pewno są mniej bezpieczne miejsca na styku większości albańskiej i serbskiej mniejszości. Dlatego w kraju są wciąż obecne siły pokojowe KFOR i nawet spotkałem kilku ich przedstawicieli  na stołecznym lotnisku. Polacy mieli akurat służbę patrolową, zaś Niemcy lecieli do domu na urlop.

                                                                                                     Marek Marcola