Algieria za drugim razem[2023]

Na ten drugi raz czekałem 37 lat! A pierwszy? Otóż w 1985 roku przypadkowo poznałem w Zwierzyńcu młodego Algierczyka i pomogłem mu. On w rewanżu zaprosił mnie do swojego kraju. Dzięki temu otrzymałem paszport i w kwietniu 1986 roku ruszyłem w drogę. Jednak zakończyła się ona po dwóch tygodniach w Paryżu, skąd wróciłem do domu. Kilka lat temu Azzedine odnalazł mnie na Facebooku i zaproponował wizytę w Algierii. Nie chciałem jednak nadużywać jego gościnności i skorzystałem z oferty biura podróży. Umówiliśmy się na spotkanie w algierskiej stolicy.

Wraz z 28 osobową grupą turystów ciekawych tego zamkniętego dotychczas kraju ruszam samolotem do tunezyjskiej Dżerby. Po noclegu w tamtejszym hotelu startujemy autokarem na zachód. Przy okazji mogę porównać na ile Tunezja zmieniła się odkąd byłem tam w 1996 roku. Niewiele. Baza turystyczna bardzo postarzała się, za to poprawiły drogi. Powstały nowe przypominające nasze ekspresówki, choć z europejskiego punktu widzenia trudno byłoby nadać im formalnie taki status. Mają wprawdzie bezkolizyjne skrzyżowania [ fotografia] jednak pas awaryjny jest za wąski. Ale to nic. Na poboczu widać ulicznych sprzedawców, a od czasu drogą przemykają motorowery.

Po sześciu godzinach meldujemy się na algierskiej granicy. Wszyscy mamy wizy, więc odprawa przebiega sprawnie. Emocje pojawiają się, kiedy okazuje się, że w Algierii cały czas będzie towarzyszyć nam policyjna eskorta. Z reguły są dwa pojazdy[ auta lub motocykle] jadące z przodu i z tyłu naszego autokaru. Ich dyskotekowe światła widać z oddali.  I tak jest na całej trasie liczącej sobie ponad tysiąc kilometrów. Ekipy zmieniają się na granicy swoich rejonów działania. Czasami zmiana spóźnia się, więc trzeba na nich czekać.  Mało tego – policjanci towarzyszą nam przy zwiedzaniu, nie tylko mundurowi. W niektórych miejscach, jak np. starówki miast za paniami idą funkcjonariusze w cywilu, co niekiedy wywołuje …odwrotny skutek – strach i próbę ucieczki Muszą więc im pokazywać swoje legitymacje. Jednak wkrótce okazuje się, że mieszkańcy są przyjaźnie nastawieni do turystów i są to środki ostrożności mocno na wyrost, choć dla nas przydatne, np. gdy trzeba odblokować przejazd. Przenikliwa syrena policyjna jest nad wyraz skuteczna. Pierwszym zwiedzanym miastem jest Tebessa. Zaczynamy od tamtejszej starówki otoczonej przez dobrze zachowane bizantyjskie mury[ fotografia].

W ich obwodzie znajduje się rzymski Łuk Caracalla, a w środku świątynia Minerwy i wybudowany przez Francuzów kościółek. Jednak najcenniejszą pamiątką po chrześcijanach są ruiny bazyliki z IV wieku dedykowanej Świętej Kryspinie. Przed wyjazdem do Algierii nawet sobie nie uświadamiałem, że są tam tak dobrze zachowane ruiny miast z czasów rzymskich. Pierwszym z nich jest Timgad. Choć w  dość dobrym stanie do naszych czasów przetrwał Łuk Trajana, amfiteatr, łaźnia, biblioteka, Kapitol oraz domy mieszkalne, na mnie największe wrażenie zrobiło doskonale czytelne założenie urbanistyczne[ fotografia]. Z góry jak na dłoni widać, że starożytni specjaliści stworzyli miasto z klarownym układem ulic i sensownym rozmieszczeniem najważniejszych obiektów. Przed nocą podziwiamy jeszcze przełom rzeczny określany jako tzw. balkony Ghoufi. Efektowne, choć już bez wody na dnie.

Nazajutrz kolejne ruiny rzymskiego miasta: Djemila. Tu także są przemawiające do wyobraźni  ruiny z wszystkimi potrzebnymi dawnym mieszkańcom obiektami[ fotografia]. Można się tylko zastanawiać, które ze starożytnych  miast robi większe wrażenie. Są do siebie bardzo podobne, co sprawia, że  wybór jest trudny. Ja wybrałbym chyba Djemilę. Dlaczego? Ze względu na bardziej malownicze położenie. Obu jednak czegoś brak. Zwiedzających z zagranicy, bo krajowi się pojawiają. Ale to ma się zmienić. Władze zorientowały się, że warto postawić na rozwój turystyki, bo to oznacza większe dochody finansowe dla przedsiębiorców i budżetu.  Bez wątpienia wpływ na to mają sukcesy sąsiadów, czyli Maroka i Tunezji.

Następnie obieramy kurs na stolicę. Algieria ma całkiem dobrą sieć dróg. Nawet drogi lokalne są zupełnie przyzwoite[ fotografia]. Są też takie służące szybkiemu przemieszczaniu się. Celowo nie używam słów autostrada czy ekspresówka, choć na pozór tak wyglądają. Mają podobne wady jak opisane wyżej tunezyjskie, ale niewiele im brakuje do europejskich standardów. Jest jeszcze coś – tu pierwszeństwo na rondzie mają wjeżdżający, odwrotnie niż u nas. W całym kraju widać duży rozmach inwestycyjny, nie tylko drogowy, ale i mieszkaniowy. Pozwalają na to pokaźne zyski z wydobycia gazu i ropy naftowej. Przy okazji dodam, że cena 1 litra benzyny wynosi równowartość 1 złoty. Tak!

Jak widzę tablicę z napisem “Alger” coraz bardziej zastanawiam się, jak będzie wyglądać moje spotkanie z Azzedinem. Nie widzieliśmy się prawie 40 lat. Jak przebiegło jego życie? Ma na mnie czekać w hotelu, w którym nas zakwaterują. Nie musi przyjeżdżać z  daleka, gdyż mieszka ok. 90 km od stolicy. Równo o 20.00 schodzę na dół. Chwilę czekam i wreszcie jest. Wymieniamy się podarunkami i siadamy przy stoliku w barze. Trochę po francusku, trochę po angielsku opowiadamy o sobie. Procuje w szkole, jego żona jest również nauczycielką. Mają 4 synów, z których jeden towarzyszy mu teraz. Na pożegnanie umawiamy się na jeszcze na jedno spotkanie, ale bez większego przekonania. To jest raczej ostatnie. Następnego dnia od rana zwiedzamy Algier. Zaczynamy od starówki nazywanej Kasba. Już po kilku minutach wiem, że UNESCO nie zrobiło błędu wpisując ją na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury. Jest przepięknie położona na nadmorskiej skarpie i taka jeszcze naturalna. Za jakiś czas, gdy dotrą tu turyści w większej liczbie, znikną prymitywne warsztaty, zaniedbane, ale puste przejścia[ fotografia] i pranie suszące się tuż za oknem. Pojawią się za to typowe knajpki, sklepy z “lokalnymi” pamiątkami made in China i tłok na każdej wąskiej uliczce, których tu nie brakuje.

 

 

A jaka jest reszta Algieru? Też godna uwagi, zwłaszcza ta zaprojektowana przez architektów francuskich. Dzięki nim centralne kwartały wyglądają jak typowe miasto z drugiej strony Morza Śródziemnego. Czasami można odnieść wrażenie, że jest się w Marsylii [ fotografia], do której jest tylko 800 kilometrów .W tym odległym o ponad 2 tysiące kilometrów od Warszawy mieście odnaleźć można polonica. Jednego to nie trzeba nawet zbytnio szukać. To Pomnik Chwały i Męczeństwa autorstwa Mariana Koniecznego. Nie dość, że sięga wzwyż ponad 100 metrów to jeszcze stoi na wysokim wzgórzu. Drugie miejsce z polskim akcentem też łatwo znaleźć, gdyż znajduje się w górującej na okolicą bazylice Matki Bożej Afrykańskiej. Jest nim tablica poświęcona wyborowi Karola Wojtyły na papieża. Ufundowali ją polscy emigranci.

Proszę sobie wyobrazić miasto przecięte głębokim kanionem rzeki. A nad nim stylowe mosty – dla pieszych[ fotografia] i aut. Mało tego. Na kamiennych wzgórzach ze stromymi urwiskami znajduje się stylowa zabudowa z różnych epok. Wszak ludzie żyją tu od 2500 lat. To półmilionowa Konstantyna. Gdyby masowo docierali tu cudzoziemcu szybko stałaby się sławna w całym turystycznym świecie. Widoki z zawieszonych nad przepaścią [ 100 metrów i więcej] mostów są tak efektowne, że w mig zalałyby cały Internet. A starówka? Bajka. Wciąż surowa, prawie nieskażona nowoczesnością. Mówiąc szczerze, dawno żadne miasto nie zrobiło na mnie takiego wrażenia!

Nazajutrz, o 6.00 rano starujemy w drogę powrotną na Dżerbę. Zrazu wszystko idzie gładko, łącznie z odprawą po algierskiej stronie. Za to tunezyjskiej pojawia się problem, któremu na imię : awaria systemu informatycznego. Skądś tam przybywa specjalista, ale efektów nie widać. Nie pomaga interwencja polskich służb dyplomatycznych i konsularnych. Czas mija, a my mamy przecież rankiem wylot do Polski. Wraz z nami na granicy koczuje kilkadziesiąt, o ile nie kilkaset osób, w tym kobiety, dzieci i starcy. Stoi też transport towarowy. Wreszcie, po 13 godzinach czekania[ to nie rekord, bo kiedyś na granicy radziecko – polskiej odprawa zajęła mi 40 godzin!], możemy ruszyć. Nocleg na Dżerbie oraz kolacja i śniadanie nie wchodzą w grę. Oby tylko zdążyć na samolot! Pokonujemy po nocy 400 kilometrów jadąc wprost do terminala lotniczego. Na szczęście  za sprawą naszego biura podróży czarter czeka na mimowolnych spóźnialskich. I w końcu, po prawie 30 godzinach spędzonych w podróży wysiadam na Okęciu. Jestem krańcowo zmęczony stosownie do wieku, ale w głowie towarzyszy mi myśl : “Warto było”.

 Marek Marcola