Uzbekistan ponownie, Tadżykistan po raz pierwszy, 2026

Głównym celem mojego wyjazdu jest zrobienie wypadu do Tadżykistanu, zaś Uzbekistan jest tylko bazą do tego. Już kiedyś starałem się o wizę do tego górskiego kraju, ale mi odmówiono. Bez podania przyczyny. Ale nie tak dawno wizy dla Polaków zniesiono. Trzeba więc zrobić drugie podejście.

Po ponad pięciogodzinnym locie naszym narodowym przewoźnikiem wcześnie rano ląduję w Taszkiencie. Od razu widzę zmianę. Ospały 7 lat wczęsniej port lotniczy pęka w szwach. Okazuje się, że jest to czas nakazanych dla muzułmanów pielgrzymek do Mekki. Wybierają zimę, kiedy w Arabii Saudyjskiej nie ma jeszcze tak wściekłych upałów. Ale podczas kolejnych wizyt na stołecznym lotnisku widzę, że pasażerów jest o każdej porze doby [ nie tylko w czasie lotów do Rijadu czy Dżuddy] – więcej. Zmiany na korzyść łatwo dostrzec też w mieście. Uzbecy rzucili się na własne biznesy. Na poczatek przeważnie są to sklepy, punkty gastronomicze –  stacjonarne, albo działające na chodnikach bez względu na pogodę i porę dnia – fotografia.

Jest styczeń, to do tego śnieżny i pochnurny, kręcę się więc w okolicy hotelu. Kiedy więc trafia się słoneczny dzień wsiadam w miejski autobus [ cena biletu: 0,50  zł] i ruszam do centrum. Taszkient staje się nowoczesny  i wygląda na stolicę bogatszego kraju, niż w istocie jest. Dużo autobusów jest elektrycznych; są tak punktualne, jak przed wojną PKP. W przeciwieństwie do Polski nigdzie nie widać psów na spacerze, za to wszędzie matki z dziećmi. Po ulicach suną trzy kategorie aut: najmniej jest tych poradzieckich, typu Łady czy Moskwicze, najwięcej koreańskich, po części tutaj produkowanych na licencji pod marką Chevrolet. Ale przyszłość należy do tych chińskich. Na fotografii trzy generacje tutejszych samochodów.

Niestety, poza centrum, Taszkient nie wygląda już tak dobrze. Dominuje postradziecka zabudowa mieszkalna  i tradycyjne domki, przeważnie z okratowanymi oknami. To raczej nie są względy bezpieczeństwa lecz podkreślenie odrębności sfery prywatnej. Nikt nie przejmuje się dziurawymi chodnikami i chaotycznym ruchem drogowym, choć zdarza się – rzadko, ale można mieć takie szczęście – że kierowcy przepuszczą pieszych na pasach. Ludzie zarabiają równowartość 300 – 400 USD miesięcznie, a ceny zbliżone są do polskich. Tani jest tylko chleb[ około 1,5 złotych] wypiekany w tradycyjnych piecach – fotografia. Może dlatego, że wciąż  pamięta się powieść i film “Taszkient – miasto chleba”. Zdala od serca stolicy trudno zrobić zdjęcia do Instragrama, jednak  to właśnie tutaj, na peryferiach można doświadczyć prawdziwego życia miasta.

Poprzednim razem nie udało mi się zaliczyć tutejszej wieży telewizyjnej. Teraz mogę do woli napawać się widokiem z niej. Punkt obserwacyjny nie jest zbyt wysoko[ 93 m, niżej niż ten w naszym Pałacu Kultury], ale fakt, że wieżę wybudowano na wzgórzu, znacznie poszerza panoramę miasta[ fotografia].Na horyzoncie widać też okoliczne góry Tien-Szan.

Podczas poprzedniego pobytu w Uzbekistanie nie odwiedziłem Chiwy. Po prostu zabrakło mi czasu, bo odcinek Taszkient – Buchara przez Samarkandę pokonałem pociagiem, czego absolutnie nie żałuję. Na Chiwę przychodzi czas teraz. Droga wiedzie do niej przez Urgencz, gdzie jest port lotniczy. Tam biorę taksówkę i jadę najpierw do kościoła katolickiego, by uczestniczyć we Mszy Świętej, odprawianej w języku… rosyjskim. W świątyni od razu rzuca się w oczy obraz Jezusa Miłosiernego – fotografia.

Potem ruszam na poszukiwanie śladów po najsłynniejszej mieszkance tego miasta – Annie German, tutaj urodzonej. Jej imieniem nazwano miejscową szkołę muzyczną, obok której stoi pomnik piosenkarki, szkoda tylko, że mało podobny do oryginału – fotografia. Miasto zupełnie nie przypomina plenerów wykorzystanych w wyświetlanym w 2013 roku w TV serialu z Joanną Moro w roli głównej. Nic dziwnego, skoro najwięcej scen nakręcono na Krymie. Tutaj ekipy nie było. Zresztą po co – miasto nie zachwyca urodą…

Do Chiwy jadę taxi, ale można też trolejbusem – fotografia Nr 1.[ I tak przejadę się nim około kilometra w Chiwie]. Linia międzymiastowa o długości 35 km robi wrażenie, choć to bezsensowna inwestycja kosztująca miliony dolarów i wymagająca poprowadzenia sieci napowietrznej[ fotografia Nr 2] o długości 70 km[ w obie strony]. Za niewielki ułamek wydanych na to pieniędzy można by kupić najnowocześniejsze japońskie autobusy elektryczne.

Hotel w Chiwie wybrałem sobie na Starym Mieście. Dzięki temu mogę wielokrotnie wychodzić na zwiedzanie. Na termometrze ledwie kilka stopni poniżej zera, a jest taki wściekły ziąb, że trudno zrobić zdjęcia zgrabiałymi dłońmi. To za sprawą lodowatych wiatrów wiejących znad pobliskiej pustyni Kara Kum. Jest pochmurno, więc na dobre fotki nie ma co liczyć – fotografia Nr 1. Za to nocą, iluminacja poprawia warunki. Chiwa wygląda jak z bajki – fotografie 2,3,4,5 i 6

Jak wypada konfrontacja urody wszystkich trzech zabytkowych miast na Jedwabnym Szlaku?

Samarkanda jest inna od dwóch pozostałych, nie ma zwartej starówki, a jedynie rozsiane pojedyncze obiekt, z których najbardziej znany jest Registan – fotografia

Buchara jest podobna do Chiwy, chlubi się piękną starówką[ fotografia] i jest częściowo otoczona murami, dodatkowo tętni w niej ożywione życie stałych mieszkańców.

Chiwa ma komplet murów dookoła starego miasta i wiele imponujących zabytków w śroku. Ale jest jakaś pusta, zimna i prawie bezzludna, za mało w niej życia – fotografia.

Najlepiej więc zobaczyć wszystkie trzy!

Muszę przyznać, że wsiadam do samolotu do Duszanbe z duszą na ramieniu. Boję się, że po wspomnianej odmowie wizy wpisano mnie do czarnej księgi i mogę zostać zatrzymany na lotnisku. Dlatego zdecydowałem się tylko na jednodniowy wypad z Taszkientu. W razie czego musiałbym tylko przez kilkanaście godzin dzielić los bohatera filmu “Terminal”. Na miejscu okazuje się, że moje obawy były bezpodstawne. Zostaję przejęty uprzejmie i szybko dostaję pieczątkę wjazdową. Zapisu na mnie nie było! Biorę z postoju taxi i jadę poza miasto, by choć trochę przejechać się słynną Pamir Highway. Przedtem jednak odwiedzam miejsce. gdzie znajduje się kościół katolicki Świętego Józefa. Jest nader skromny – fotografia. Nic dziwnego, liczbę katolików w całym[ muzułmańskim] kraju szacuje się na 100 – 300 osób.

Szybko mijamy stolicę i ruszamy na wschód. Pierwszym miastem na trasie pamirskiej jest Wahdat[ fotografia] nad rzeką Kofarnihon. Dalej droga zaczyna wspinać się w góry. Mijane wioski są ubogie, chyba bardziej, niż te w sąsiednich krajach. Wszak Tadżykistan to najbiedniejsza republika dawnego ZSRR, z dochodem na głowe mieszkańca dziewięciokrotnie mniejszym, niż w Polsce[ Uzbekistan jest tylko 5 razy biedniejszy].

Szkoda mi, że nie mogę pojechać dalej kultową drogą[ fotografia], ale ogranicza mnie czas, a przede wszystkim pora roku. Dalej zimą trasa bywa nieprzejezdna No, i cała mierzy sobie aż 1200 km, wspinając się na 4 tys. m n.p.m. Poza tym przechodzi przez słynne GBAO, czy tadżycki region autonomiczny, na wjazd do którego trzeba mieć oddzielne pozwolenie od władz.

Duszanbe należy do miast, w których liczy się tylko jedna ulica. Jest nią Aleja Rudaki, ciągnąca się przez kilka kilometrów. Stoją przy niej reprezentacyjne gmachy państwowe, wytworne sklepy, eleganckie budynki – fotografia. Wystarczy jednak odejść kilkadziesiąt metrów dalej, aby znaleźć się w zupełnie innym świecie: biednym, zatrzymanym w minionym czasie[ czytaj ZSRR] i dalekim od elegancji po sąsiedzku.

Przy Rudaki zobaczyć można całkiem dobrze wyglądające budynki sprzed lat reprezentujące socrealizm[ fotografia], ale coraz bardziej rozpycha się koszmarna architektura, jakby spod deski kreślarskiej pijanego architekta. Idę sobie przed siebie tą niekończącą się ulicą, a kiedy czuję się zmęczony, wstępuję na kawę. Obsługujący mnie kelner okazuje się bardzo nieuprzejmy. Pierweszy raz spotyka mnie coś takiego. O co chodzi? Być może bierze mnie za Rosjanina. Wprawdzie język Puszkina nie jest tutaj tak popularny, jak w Uzbekistanie, mimo to w hotelowym telewizorze do oglądania są dwa kanały w języku tadżyckim i trzy razy więcej po rosyjsku.

Jeszcze w domu postanowiłem, że wynajmę sobie pokój hotelowy, aby odpocząć: mam wszak do dyspozycji 15 godzin, a spędzenie ich w ciągłym ruchu może być zbyt dużym wyzwaniem w moim wieku.  Przypadkiem trafiam na hotel “Tadżykistan” – fotografia. Zrazu nie uświadami sobie, gdzie jestem. Wkrótce odkrywam, że był to najlepszy hotel w całej republice w czasach ZSRR. Długo potem także. W 2008 roku odbył się w nim szczyt Szanghajskiej Organizacji Współpracy z udziałem Włodzimierza Putina. Jednak teraz pod względem jakości oferty prześcignęły go obiekty firmowane przez najlepsze światowe marki.

W Duszanbe spotkała mnie zagadka geograficzno – klimatyczna, której nie potrafię rozwiązać. Otóż w mieście tym, położonym średnio na wysokości 823 metry n.p.m. rosną w styczniu na zewnątrz kwiaty[ fotografia]. A w Taszkiencie, który jest położony na wysokości 455 m – nie. Oba miasta zlokalizowane są na prawie identycznej szerokości odpowiadającej Lizbonie[ Duszanbe] i Rzymowi[ Taszkient]. Ale stolica Tadżykistanu leży przecież w górach i jest nimi otoczona, a główne miasto Uzbekistanu na równinie na przedgórzu Tienszanu. Powinno więc być odwrotnie, a jednak nie jest. Dlaczego?

Chociaż od upadku ZSRR minęło już 35 lat, rosyjski jest wciąż w użyciu. Zwłaszcza w Uzbekistanie na codzień władają nim nie tylko mieszkańcy, którzy pamiętają te czasy, ale i młodzi. Mijąjąc tubylców, słyszę jak między sobą porozumiewają się tym językiem. A przecież w obu krajach mają własny. Winda w moim hotelu w Taszkiencie “mówi” po rosyjsku, różne komunikaty na dworcach, w autobusach ogłaszane są też w nim. Na stole śniadaniowym stoi samowar[ fotografia]  do podgrzewania wody na kawę czy herbatę zamiast warnika.

Korzystając z jakiej takiej znajomości języka rosyjskiego wyniesionej ze szkoły rozmawiam z tubylcami, by dowiedzieć się czegoś z pierwszej ręki. Najczęściej są to taksówkarze[ fotografia] oraz recepcjoniści. Oni przeważnie są skorzy do szczerości. Czasami zahaczam o temat wojny w Ukrainie. Taksówkarz z Duszanbe, wykazujący się samodzielnym myśleniem, stwierdza, że Rosja powinna zwrócić zagrabione ziemie. Za to pracownik taszkienckiego hoteleu, pewnie odurzony propagandą, oznajmia, że w Ukrainie chcieli się zainstalować Amerykanie, dlatego Kreml nie miał wyboru.

Sława Polski, jako rosnącego w siłę mocarstwa gospodarczego dotarła i do Azji Centralnej. Wiele osób marzy o wyjeździe do naszego kraju do pracy. Ci, co już u nas byli chwalą infrastrukturę, organizację życia publicznego i inne, często niedoceniane przez naszych obywateli osiągnięcia. Może dlatego na lotnisku w Taszkiencie pojawił się taki napis – fotografia.

Marek Marcola