Podróż dookoła świata[ 2018]

Nikt chyba nie ma wątpliwości, że objechanie świata dookoła jest w dorobku każdego podróżnika jak Mont Everest dla wspinacza, choć bez takiego wysiłku. Mnie udało się to po bez mała 40 latach, odkąd pierwszy raz wyjechałem za granicę. W październiku 2018 roku z poznanym rok wcześniej w RPA kolegą spotykamy się na warszawskim Okęciu. Wszystko przygotowane – można ruszać.

Pierwszy etap prowadzi do Dubaju, lecimy linią Emirates, samolotem B 777, największym, jaki regularnie do Polski kursuje. Osławiony port lotniczy w najbardziej znanym mieście Emiratów wcale mnie nie zachwyca. Niby wszystko w porządku, ale podróż między terminalami odbywamy ciasnym mikrobusem. Gdzie indziej kursują np. autonomiczne pociągi. A ja sięgam pamięcią do bajkowych zabudowań dworca lotniczego w Abu Dhabi, gdzie miałem przerwę w locie z Bangkoku w 1997 roku. Zrobił na mnie niesamowite wrażenie. A Dubaj niekoniecznie.

Przelot do australijskiego Perth odbywamy największym pasażerskim samolotem świata, czyli Airbusem 380. Jest niesamowity. Chociaż to mój trzeci pobyt na jego pokładzie, wciąż nie przestaje mnie zadziwiać swoimi rozmiarami, wygodą i stabilnością w powietrzu. W końcu po 36 latach od startu amerykańskiego Jumbo Jeta, Europejczycy zrobili coś większego i lepszego. W Perth rozpoczyna się właśnie wiosna, chociaż jest jeszcze chłodnawo. Pierwszego dnia poznajemy miasto. Może się podobać, choć brak mu jakiegoś szczególnego wyrazu. jak chociażby np. charakterystycznych budowli, które sławią Sydney lub znakomitej architektury modernistycznej, którą urzeka Melbourne. Nazajutrz jedziemy na wycieczkę z miejscowym biurem podróży. Są dwa gwoździe programu: wydmy pod miastem Lancelin oraz pustynia z pinaklami w Parku Narodowym Nambung. Te pierwsze, owszem mogłyby zrobić na mnie wrażenie, gdybym kiedyś nie spacerował po niesamowitych wydmach koło miasta Jericoacara w Brazylii. Natomiast pinakle powtykane w pustynię to jest coś! Jeszcze nigdzie takich nie widziałem.

Kolejny dzień przeznaczamy na wypad pociągiem do Fremantle. Entuzjastyczne opinie o nim, którymi zatkany jest Internet wcale nie są przesadzone. Miasteczko może poszczycić się ślicznymi kamieniczkami, wyglądającymi tak, jakby epoka wiktoriańska jeszcze się nie skończyła. Nawet nie podejrzewałem Australię o takie cudeńko.

Dalej lecimy do Auckland. Wybieramy niby solidną linię, bo Air New Zealand, ale raczej skąpą, bo podczas sześciogodzinnego przelotu częstują jedynie szklanką wody mineralnej. Gdzie im do gościnności na przykład Uzbekistan Airways, wręcz tuczących pasażerów obfitym jedzeniem. I to na krótszej trasie. Po przylocie należy mieć się na baczności, gdyż Nowa Zelandia ma bardzo restrykcyjne przepisy fitosanitarne, co oznacza, że nie wolno wwozić roślin i niektórych rodzajów żywności. Zanim trafimy do największego miasta kraju, wybieramy się autobusem do Hamilton, obserwując pod drodze okolicę. Raczej bez rewelacji . Auckland jest ładne, na co bardziej składa się położenie w otoczeniu wód, a nie zabudowa – znacznie bliższa przeciętności, niż oryginalności. Góruje nad nim ponad trzystumetrowy Sky Tower z tarasem widokowym. Warto wydać te parę dolarów, by tam znaleźć. Z powrotem można zjechać na linie…

Nazajutrz zaczyna się najbardziej niezwykły dzień mojego życia. Po południu mamy jechać dalej, ale póki co wędrujemy sobie po Auckland. Jest niedziela, więc idziemy na Mszę Świętą do katedry pod wezwaniem Świętych: Patryka i Józefa. Ta piękna, neogotycka świątynia w otoczeniu nowoczesnych budynków, wygląda jakby była z innego świata i czasu. A w środku niespodzianka, choć trochę  podświadomie oczekiwana. W bocznej kaplicy znajdujemy popiersie Jana Pawła Świętego z informacją o Jego wizycie w 1986 roku. Swoją drogą, mało ludzi wie, że polski Pielgrzym dwukrotnie odbył podróż dookoła świata, i to w obu kierunkach!

Przed nami skok przez Pacyfik do Ameryki Południowej, bardzo ryzykowny. Jakże niewielu z naszych współpasażerów Boeinga 777  uświadamia sobie, że lecą najbardziej niebezpieczną trasą świata. Po drodze nie ma bowiem żadnych wysp z lotniskami, które mogłyby przyjąć powietrznego kolosa. W razie awarii silników pozostawałoby wodowanie, raczej z tragicznym skutkiem. Po około 2 godzinach lotu osiągamy mniej więcej punkt najbardziej oddalony od Polski, czyli 20 tysięcy kilometrów. Dalej polecieć się nie da, chyba że w kosmos, i to wysoko. Po drodze mijamy linię zmiany daty, a więc dla nas wciąż jest niedziela. I tego samego niedzielnego popołudnia, dokładnie 25 października 2018 roku lądujemy na lotnisku w Buenos Aires . Na dobrą sprawę moglibyśmy ponownie wziąć udział we Mszy Świętej, tyle że oddalonej od tej w Auckland o ponad 10 tys. km. Tego dnia zgromadziliśmy najwięcej godzin z dodatkowego dnia, zwanego niekiedy dniem Phileasa Fogga, który pomógł mu potem wygrać zakład. Tyle, że w polskim kalendarzu tego dnia nie ma, przeżyliśmy go tylko my lecąc zgodnie z obrotem Ziemi.

Już od pierwszych chwil w Argentynie orientujemy się, że opuściliśmy stabilny i przewidywalny świat anglosaski na rzecz latynoskiego, o cechach wręcz przeciwnych. Pierwszą próbkę daje nasz kierowca, który podczas jazdy beztrosko liczy sobie pieniądze.

 

Na szczęście bezpiecznie dowozi nas do hotelu, położonego w absolutnie centralnym punkcie Buenos: przy słynnym Obelisku, który upamiętnia zdobycie niepodległości przez Argentynę oraz przy Avenida  9 de Julio, uchodzącą za najszerszą ulicę świata[ 140 metrów!]. Jakby tego było mało, kilkaset metrów dalej znajduje się renomowany Teatro Colon, z tym że – wbrew nazwie – to opera. Szybko można też dojść piechotą do centrum, który stanowi  Plac Majów. Pierwsze kroki kierujemy do klasycystycznej katedry, w której kiedyś posługiwał kardynał Jose Bergoglio, obecny papież Franciszek. Do dziś wspomina się tu jego nadzwyczaj skromny tryb życia, np. poruszał się metrem, a nie wytworną limuzyną oraz sam sobie gotował.

Na drugi dzień jedziemy z wycieczką do delty rzeki Parany. Rano zabiera nas mikrobus do przystani, skąd La Platą płyniemy dalej. Delta nie robi na mnie specjalnego wrażenia, za to bardzo podoba mi się miasteczko San Isidro. Takich miejsc zwykle szukam podczas moich podróży: stylowych, kameralnych, z interesującą architekturą. Tu właśnie tak jest.

Następnego ranka taksówką dojeżdżamy do terminalu promowego, skąd popłyniemy do Urugwaju. Prom płynie wolno, jest więc okazja, by popatrzeć jeszcze na Buenos Aires. Czy jest “boskie”, jak śpiewała kiedyś Kora? Może się podobać i warto je odwiedzić, chociaż do boskości mu daleko.

Po przepłynięciu La Platy docieramy do urugwajskiego Colonia del Sacramento. Wiem, że to urocza miejscowość, ale na nas czeka już autobus do stolicy. Bilet jest w pakiecie razem z tym promowym. Przejazd trwa około godziny i ten czas poświęcam na obserwację, kolejnego kraju, który odwiedzam. Pierwsze spostrzeżenia są takie: drogi przeciętne, zaś krajobraz za oknem bardzo przypomina polski. No, z wyjątkiem tych miejsc, gdzie w kadrze pojawiają się palmy. Montevideo ma swój powab, szczególnie Stare Miasto. Po zgiełku Buenos Aires można się zrelaksować spokojnym spacerem wśród zabytkowych kamieniczek. Serce miasta stanowi Plac Niepodległości z pomnikiem Jose Artigasa pośrodku. To bohater narodowy, zasłużony w walkach o uzyskanie niepodległości.

 

 

Spacerując, odnajdujemy katedrę, którą odwiedził Jan Paweł Święty, a także plenery polskiego filmu “Persona non grata”. Wpadamy na obiad z obowiązkową wołowiną, która okazuje się być tak pyszna, jak argentyńska. Ale myślami jesteśmy już w Europie. Wystarczy tylko przelecieć Atlantyk. Startujemy następnego dnia linią Iberia do Madrytu, skąd przez Amsterdam udajemy się do Warszawy.

 

Tu mija 10 dni, odkąd wylecieliśmy do Dubaju. Ale faktycznie w podróży byliśmy 11, jak się policzy dzień Phileasa Fogga. Objechaliśmy Ziemię dookoła! Wieloletnie marzenie spełniło się. W sumie samolotem pokonaliśmy 41.405 kilometrów, autobusem – 1000, pociągiem – 48, promem- 52, łodzią – 50, taxi – 65, a pieszo – 100 km. Wrażenia i satysfakcja z takiej podróży są niezrównane.

Marek Marcola