Przy kole podbiegunowym[ Islandia 2011]

Islandia była ostatnim państwem europejskim, który odwiedziłem. Wydawało mi się zatem, że Europa niczym mnie już nie zaskoczy, Jak bardzo się myliłem! Na podróż wybrałem najlepszy czas, czyli II połowę czerwca, kiedy trwa dzień polarny. Nie jakieś tam “białe noce”, tylko normalny dzień. Doświadczyłem tego wkrótce po przylocie do Reykiawiku. Po dotarciu do hotelu i zakwaterowaniu, wybrałem się na spacer. Według zegarka był już późny wieczór, ale dookoła było zupełnie jasno, a po ulicach wędrowali turyści. Brakowało tylko tubylców: ani dorosłych, ani dzieci. Mimo całodobowego dnia  rytm biologiczny jest zachowywany: czas na sen uwzględnia się  i respektuje. Wówczas dzielnice mieszkaniowe wyglądają jak wymarłe. Choć świeci słońce.

 

Reykjavik śmiało można nazwać białym miastem. A to dlatego, że większość budynków ma bardzo jasne barwy. Rzecz w tym, aby podczas nocy polarnej, choć trochę przeciwdziałać depresyjnej ciemności. W tej najbardziej na północ wysuniętej stolicy świata mieszka  120 tysięcy osób, czyli co trzeci Islandczyk. Jest malowniczo położona nad Zatoką Faxa. Choć nie ma tu za wiele zabytków, spacer wśród tradycyjnych domów, sąsiadujących niekiedy z budynkami współczesnymi na pewno nie będzie straconym czasem.  Nad całością góruje 73 metrowy kościół Hallgrímskirkja, udany przykład wykorzystania lokalnej architektury w duchu postmodernistycznym.

W samej stolicy trudno jednak dostrzec niezwykłość tego kraju. Trzeba ruszyć w głąb wyspy. Wybieram się więc z miejscowym biurem podróży na całodniową wycieczkę, w  której uczestniczą chyba turyści ze wszystkich kontynentów. Wiedzą, że to najlepsza pora roku na zwiedzanie. Już po paru kilometrach widać, że Islandia jest skalista i prawie pozbawiona zieleni, ale za sprawą swej surowej przyrody ma nieodparty urok i nikogo nie pozostawia obojętnym. No bo jak tu się nie zachwycać się krystalicznie czystymi jeziorami, dzikimi wodospadami czy gejzerami. Do tego są tu lodowce i 130 wulkanów, z czego wiele czynnych. W 2010 roku wybuch jednego z nich, Eyjafjallajökull, skutecznie uziemił niemal całą komunikację lotnicza nad Europą.

O dziwo, ten daleki, peryferyjny zdawałoby się kraj ma historyczny powód do dumy. Po trasie odwiedzamy miejsce, gdzie zgromadził  się pierwszy na świecie parlament, co odbyło się w 930 roku, blisko 300 lat przed angielskim i ponad pięć wieków wcześniej, nim rozpoczął działalność nasz Sejm.

W tych niesprzyjających warunkach naturalnych interioru jednak żyją ludzie. Spotykamy ich, gdy wychodzą z protestanckiego kościoła po niedzielnej Mszy Świętej. Luteranie stanowią aż 3/4 społeczności kraju, katolików jest tylko 3,5 %, choć ostatnio pewnie więcej, gdyż do pracy przyjechało tu wielu Polaków.

W tutejszych sklepach od dziesięcioleci króluje batonik Prince Polo, zdecydowanie bardziej popularny, niż u nas. Nawet Prezydent Islandii przyznał podczas wizyty w Warszawie, że jako dziecko objadał się nim. I popijał Coca – Colą.

Marek Marcola