Wenezuela na zakręcie [ 2009]

Wenezuela jest podręcznikowym przykładem kraju, który przed laty osiągnął całkiem przyzwoity poziom życia, a potem spadł w gospodarczą przepaść. Dlaczego? Z powodu populistycznych i nieudolnych rządów. A to przecież kraj z ogromnymi pokładami ropy naftowej. Wydawałoby się, że wystarczy ją wydobywać i sprzedawać, a obywatele będą zadowoleni. No niezupełnie. Kiedyś tak było, o czym świadczą amerykańskie krążowniki szos, wciąż królujące na tutejszych ulicach. Potem jednak do władzy dorwał się Hugo Chavez i… nikt już nie importował z USA Fordów, Chevroletów i Chryslerów. Za to zaczęło brakować papieru toaletowego.

Kiedy lądujemy na wenezuelskiej wyspie Margarita wita nas południowe słońce i leniwy tryb życia tubylców. 10 lat temu z ekonomią nie jest jeszcze tak źle, choć niepokoić może podwójny kurs dolara: oficjalny i czarnorynkowy. Zbyt dobrze to znamy z czasów PRL. Zdumienie budzi cena paliwa- tylko 6 groszy za 1 litr! Dlatego taksówki[ oczywiście wielkie amerykańskie wozy- zdjęcie] są bajecznie tanie.

Od początku mam wrażenie, że władze źle wybrały wyspę na turystyczny raj dla spragnionych ciepła Amerykanów, Kanadyjczyków i Europejczyków. Po prostu bywa tam chłodnawo, mimo że do równika tuż, tuż. Wszystko za sprawą niekorzystnych prądów powietrznych i morskich. Jednak w południe, przy prawie pionowym słońcu zawsze można rozkoszować się tropikalną pogodą. I kąpać w morzu, bądź w hotelowych basenach. Kiedy to się znudzi warto wybrać się na zwiedzanie okolicy. Naszym celem jest sąsiednie miasteczko[ zdjęcie], które w 100 procentach odpowiada wyobrażeniom o rytmie dnia w latynoskim świecie. Tu nikt się nie śpieszy, a pojęcia typu “wyścig szczurów” są jakby z odległej planety.

 

Ale to dopiero namiastka południowoamerykańskiej przygody. W pełni realizujemy ją wtedy, gdy wybieramy się na kontynent turystycznym samolotem. Lądujemy na prowizorycznym lotnisku, wydartym dżungli i łodziami płyniemy w dół Orinoko. Mamy nocować w ośrodku turystycznym[ zdjęcie], zbudowanym kiedyś przez jakiegoś Amerykanina w samym sercu lasu deszczowego. Są tam drewniane domki i coś w rodzaju świetlico – stołówki. Nie ma Internetu, telewizji, a po 23.00 również prądu. Za to w nocy spać nie dają odgłosy setek różnych zwierząt. Nigdy wcześniej, ani później nie nocowałem tak blisko od miejscowej fauny. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby jakiś wąż lub pająk sforsował lichą siatkę, odgradzającą otwory okienne od zewnątrz. Brr.

Po południu krążymy łodzią po licznych odnogach rzeki, zresztą łudząco do siebie podobnych. Dobrze, że nawigatorem jest miejscowy Indianin, który zna deltę jak własną kieszeń. W pewnym momencie zatrzymuje łódź i zabiera nas na spacer po lesie. Każdy dostaje gumiaki, gdyż teren jest podmokły i do tego pełen najróżniejszych owadów, które atakują nas bez litości. Patrzę na naszego przewodnika. Przygląda nam się z politowaniem – jego dokuczliwe insekty wcale nie atakują: swojak. Nazajutrz czeka nas kolejny przelot, tym razem do Parku Narodowego Canaima. Tutaj Wenezuela udowadnia nam, jak jest piękna. Wokół aż roi się od malowniczych jezior, wodospadów[ zdjęcie] i płaskich wzgórz zwanych tepui.

Wspinamy się na najbliższe. Widok zeń aż zapiera dech w piersiach. Ale super atrakcja dopiero przed nami. Wsiadamy do samolotu, by zobaczyć najwyższy wodospad świata, Salto Angel. Mamy szczęście, bo dopisuje wspaniała pogoda. Gdy jest zachmurzenie, piloci nie chcą startować, ponieważ lot jest bardzo trudny i prowadzi wśród skał. Po kilku minutach widzimy go. Mierzy wprawdzie 979 metrów, ale nie robi specjalnego wrażenia, gdyż woda opada wąską strużką[ zdjęcie]. No, ale jest globalnym rekordzistą, wyższym niemal 20 razy od słynnej Niagary.

Opuszczając ten przepiękny kraj, nawet nie przypuszczam, że najgorsze dopiero przed nim. 10 lat później osiąga dno. Ludzie nie mają co jeść i masowo emigrują do sąsiadów. Dochodzi do zamieszek, tłumionych przez następcę Chaveza.

Quo vadis, Venezuela?

Marek Marcola