W Ziemi Świętej[ Izrael, 2002]

Mało gdzie na świecie występuje taka osobliwość, jak podczas przejazdu z Jordanii do Izraela. Otóż przy drodze pojawiają się znaki wyznaczające położenie poniżej poziomu morza. Startujemy z Ammanu z 850 metrów na plusie, by dojechać do Jerycha, które leży 258 metrów na minusie, czyli różnica wynosi ponad kilometr. Znaleźliśmy się w największej depresji świata, ale jeszcze nie w jej najniższym punkcie, który stanowi lustro Morza Martwego[ 418 m ppm].

Jerycho uchodzi za jedno z najstarszych miasta świata, jako że jego początki datowane są na IX wiek przed naszą erą. Na trwale zapisało się w Starym i Nowym Testamencie. Tu właśnie tutaj – według Księgi Jozuego – słynne trąby skruszyły mury miejskie, również tu celnik Zacheusz wspiął się na sykomorę, by zobaczyć przechodzącego Jezusa. Miejscowi pokazują nawet to drzewo, ale nie może być oryginalne, gdyż liczy sobie ledwie 900 lat. Natomiast na pewno autentyczne są odkopane resztki starych domów.

Z Jerycha jest tylko 25 kilometrów do Jerozolimy. W Izraelu wszędzie jest blisko, choć z opisów biblijnych mogłoby się wydawać, że to wielki kraj. Zwiedzanie miasta rozpoczynamy od Góry Oliwnej, gdzie też pokazywane są oliwki ponoć pamiętające czasy Chrystusa. Są jednak na pewno dużo młodsze. Również widok na starówkę już nie jest ten sam, który mógł oglądać Jezus. Zbyt wiele się przez ostatnie 2 tysiące lat w Jerozolimie wydarzyło.

To samo tyczy się obiektów, które znamy z nowotestamentowych opisów, np. Wieczernik nie jest już oryginalny, zaś Via Dolorosa ma inny przebieg. U poszukiwacza zgodności opisów z rzeczywistością duży rozdźwięk występuje w Bazylice Grobu Pańskiego, gdzie miejsce ukrzyżowania Mesjasza  i jego złożenia do grobu zlokalizowano niemal obok siebie. Wątpliwości nie ma tylko względem tzw. Ściany Płaczu, czyli jedynej pozostałości po Świątyni Jerozolimskiej, która dotrwała do naszych czasów, choć właściwie to tylko mur oporowy. A na górze modlą się muzułmanie w meczecie Al – Aksa.

Jerozolima jest podzielona na część żydowską, zachodnią i wschodnią – arabską. Linia podziału jest raczej symboliczna, natomiast prawdziwy mur dzieli Izrael od Autonomii Palestyńskiej. Mijamy go jadąc do Betlejem. Dla nas oznacza to tylko powolny przejazd przez bramę, bez wysiadania i kontroli dokumentów. Dla stałych mieszkańców wschodniej strony muru jest on istotnym ograniczeniem swobody przemieszczania się. No cóż, ale takie są polityczne i sąsiedzkie realia, które dyktuje zagrożenie terrorystyczne. W Betlejem każdy chrześcijanin kieruje swe pierwsze kroki do Bazyliki Narodzenia Pańskiego. W jej wnętrzu znajduje się metalowa gwiazda wyznaczająca miejsce narodzin Jezusa. Tam zawsze pełno jest ludzi. To nie jedyne miejsce związane z aktem narodzin, choć rzecz jasna najważniejsze. Warto odwiedzić też tzw. Pole Pasterzy czy Grotę Mleczną.

 

 

Dalej trasa prowadzi na południe w stronę Morza Martwego. Właściwie jest jeziorem, bez łączności ze światowym systemem mórz. Mimo stycznia wypoczywa i leczy się nad nim sporo osób. Choć jest tylko około 20 stopni Celsjusza niektórzy decydują się na kąpiel wiedząc przy tym, że tu nie można się utopić. To za sprawą wysokiego zasolenia, które również pozbawiło wodę  ryb i roślinności. Nic więc dziwnego, że  powietrze ponad nią omijają z daleka ptaki.

Ostatnim punktem pobytu jest miasto Eljat nad Morzem Czerwonym, gdzie prawie zawsze świeci słońce i można jednocześnie spojrzeć na 4 kraje, gdyż tu zbliżają się do siebie granice Arabii Saudyjskiej, Egiptu, Jordanii i właśnie Izraela. Obrazek w świecie nader rzadki.

Marek Marcola