Na końcu świata? [ Nowa Zelandia, 2018]

Bardzo często mówi się, że Nowa Zelandia leży na końcu świata. Pomijając to, że Ziemia jest kulą, a więc nie ma początku i końca, z  europejskiego punktu widzenia może to i prawda. Ale gdy weźmie się po uwagę, że na wschód od tego kraju przebiega linia zmiany daty, temat staje w zupełnie w innym świetle. Gdy tam już jest nowy dzień lub rok, my wciąż tkwimy w starym. Tak, czy inaczej warto tam pojechać, choć wizyta wcale nie pomaga rozstrzygnąć problemu. Przy wjeździe pojawia się za to nowy, choć innej, bardziej praktycznej natury. Do Nowej Zelandii nie wolno generalnie wwozić żadnej żywności, zwłaszcza roślin, ziaren, itp. Jak się już ma coś do jedzenia ze sobą, należy bezwzględnie zgłosić ten fakt celnikowi. Przypominają o tym wielkie tablice, straszące przy tym wysoką karą. Kontrola jest nadzwyczaj szczegółowa, zwłaszcza wobec podróżnych z odległych kontynentów. Moja rada: najlepiej nic nie mieć ze sobą.

Lotnisko w Auckland jest największe w kraju, podobnie jak i leżące w pobliżu miasto. Tu bije gospodarcze i kulturalne serce Nowej Zelandii, zaś stołeczne Wellington pełni raczej funkcje administracyjne. Po odprawie nie jedziemy jednak od razu do Auckland, tylko do miasta Hamilton, żeby popatrzeć trochę na prowincję. Zrazu jest płasko, ale potem zaczynają się góry. Co jakiś czas widać wsie i miasteczka. Dominuje niewysoka zabudowa, składająca się z małych, drewnianych i murowanych domków, całkiem zgrabnie wpasowanych w otoczenie.

Droga, mówiąc szczerze, jest całkiem przeciętna, jednojezdniowa, choć autostrada jest właśnie w budowie. Ale dlaczego dopiero teraz? Przecież mowa o najważniejszym ciągu komunikacyjnym, łączącym stolicę z główną aglomeracją w bogatym kraju!  Hamilton rozczarowuje, i to mocno: niczym szczególnym się nie wyróżnia, ot miasto, jakich setki, jeżeli nie tysiące w całym anglosaskim świecie. Gdyby ktoś nie wiedział, gdzie dokładnie się znajduje mógłby zgadywać, że w Kanadzie, Australii czy USA.

Po krótkim spacerze jedziemy autobusem do Auckland. Jest prawie tak duże jak Warszawa, z tym ,że Nowa Zelandia ma ledwie 5 milionów mieszkańców, co oznacza, że żyje tu co trzeci Nowozelandczyk. Na ulicach dobrze widać przekrój etniczny kraju. Potomków Europejczyków jest ok. 75 %, Maorysi stanowią 15 %, zaś resztę Azjaci i Ludy Pacyfiku. Odsetek tych ostatnich wciąż rośnie, gdyż władze otwierają ostatnio szerzej wrota imigracyjne dla sąsiadów, a nawet obiecały, że przyjmą całą ludność wyspy Tonga, gdyby zalewały ją wody Pacyfiku. W przeciwieństwie do Australii, maoryska ludność autochtoniczna aktywnie bierze udział w życiu publicznym i społecznym. Są widoczni wszędzie, i to na różnych stanowiskach. Jest oczywistością, że na miasto dobrze jest spojrzeć z lotu ptaka, o ile jest taki punkt. Tu tak. Stanowi go Sky Tower sięgający 328 metrów, choć platformę widokową urządzono w połowie budowli. Wystarczy, by ogarnąć wzrokiem całe miasto. Ma przepiękne położenie między Morzem Tasmana i Oceanem Spokojnym.

Środek zajmuje las wieżowców, malejących wraz z odległością od centrum. W sumie Auckland może się podobać, mimo że brak mu jakiegoś wyraźnego rytu, jaki ma np. nie tak odległe Melbourne, które urzeka spójną modernistyczną architekturą. Statystyki podają, że w Nowej Zelandii mieszka około 2 tysiące Polaków, wywodzących się głównie z emigracji po II wojnie światowej. Szacuje się, że drugie tyle ma polskie korzenie, choć nic z tego nie wynika, bo czują się Nowozelandczykami i nie podtrzymują związków z macierzą i dawnymi rodakami. Spacerując  po ulicach Auckland trafiamy na tutejszą katedrę rzymskokatolicką. Wewnątrz zobaczyć można popiersie Jana Pawła Świętego, który był tu w 1986 r. Papież odwiedził wówczas również Wellington i Christchurch.

Opuszczam Nową Zelandię z poczuciem niedosytu. Wiem, że należałoby odwiedzić jeszcze Wyspę Południową ze wspaniałymi fiordami, gejzerami i majestatycznymi górami. No, ale przed nami dalsza część podróży dookoła świata.

Marek Marcola