Jak się mówi czy myśli o republikach kaukaskich wszyscy z reguły na pierwszym miejscu stawiają Gruzję. To ona zawładnęła zbiorową wyobraźnią związaną z tym rejonem świata. Dla mnie jednak numerem jeden jest Armenia, z którą zresztą mieliśmy od wieków największe związki. Do dziś w Polsce mieszka wiele osób o ormiańskich korzeniach, niektórzy są bardzo znani, jak Anna Dymna, Sonia Bohosiewicz, Jerzy Kawalerowicz czy Krzysztof Penderecki. A Gruzini? Większość z nas zna tylko Grigorija z “Czterech pancernych”…
Do Erywania docieram Aeroflotem przez Moskwę wcześnie rano. Jest jeszcze ciemno, więc staram się doczekać momentu, kiedy będzie już widno, by ruszyć w drogę. Ale taksówkarze nie dają mi spokoju. Szczególnie jeden nie odstępuje mnie ani na krok. Okazuje się, że w Polsce spędził sporo czasu. Daję się więc przekonać i jedziemy do fantastycznie położonego monastyru Chor Wirap[ fotografia], wybudowanego w VII wieku u stóp Araratu. Można śmiało powiedzieć, że ta wysoka na 5165 metrów n.p.m góra jest święta dla Ormian. Widać ją z każdego miejsca w Armenii, chociaż leży w… Turcji. Ormianom pozostaje patrzenie na niego i używanie jego nazwy. Wykorzystano ją wszędzie, gdzie się tylko dało, poczynając na hotelach, a na koniaku kończąc.
Erywań nie jest zbyt ładnym miastem, gdyż barbarzyńsko rozebrano prawie całą jego starą zabudowę. Świadomie, gdy nastała tu władza radziecka, i z głupoty w ostatnich czasach. Do tego doszły zniszczenia podczas trzęsienia ziemi w 1988 roku. Swoją drogą dobrze, że za odbudowę wzięli się najlepsi ormiańscy projektanci i nadali stolicy architekturę zbliżoną do tradycyjnej. Inaczej Erywań niczym nie różniłby się od innych radzieckich miast. A tak zamiast beznadziejnych bloków z wielkiej płyty mamy wokół dość stylowe kamienice utrzymane w jednej tonacji kolorystycznej[ fotografia]. Swój obecny wygląd miasto zawdzięcza powulkanicznemu tufowi o barwie ciemnego różu. Co by jednak dobrego nie mówić o tym mieście, wypada ono i tak blado wobec sąsiedniego Tbilisi.
Z drugiej strony, w Erywaniu człowiek nie ma za wiele możliwości, aby zwracać uwagę na budynki. W trosce o własne bezpieczeństwo lepiej jest patrzeć pod nogi i obserwować ruch samochodowy. Tu nie ma żadnych reguł, a szczególnie, gdy w grę wchodzi pieszy. Nie ma on żadnych praw na jezdni, nawet gdy świeci zielone światło[ fotografia]. Na ogól wtedy też trzeba uważać, bo co jakiś czas wyrywa się jakieś auto i jedzie przed siebie. A najlepiej to spisać testament przed przejściem przez jezdnię…
W Armenii obowiązuje osobliwa moda. Otóż prawie wszyscy ubierają się na czarno. Bez względu na wiek; młode dziewczyny również[ fotografia]. Taki jest kanon dobrego wyglądu. Kto nosi coś kolorowego znaczy, że jest cudzoziemcem. Jest od razu rozpoznawalny. Ormianie to spokojny naród. Są powściągliwi w wyrażaniu emocji i taktowni względem innych. Nie hałasują, nie rozrabiają, trzymają fason. Ormianie lubią trunki, produkują zresztą znakomite koniaki, ale pijanych nigdzie nie widać. Armenia była jedynym państwem związkowym w składzie Kraju Rad, gdzie nie powstały … izby wytrzeźwień. Nie były po prostu potrzebne.
Bezrobocie musi być duże, gdyż w wielu miejscach kraju w oczy rzucają się grupki stojących na ulicach lub okupujących ławki mężczyzn w typowych godzinach pracy[ fotografia]. Mam wrażenie, że wszyscy ci, którzy mogli, i chcieli wyjechali za granicę. To właśnie odróżnia Ormian i Gruzinów. Ci pierwsi szukają szczęścia daleko od domu, drudzy trzymają się ojczyzny, która wydaje im się tak ogromna, że życia zabraknie, by ją zwiedzić.
Armenia wydaje się jakby wciąż zastygła w czasach ZSRR. Chociażby pod względem aut. Po tamtejszych ulicach jeździ nadal całe mnóstwo Zaporożców[ fotografia], Ład i Moskwiczów, które dawno już zezłomowano gdzie indziej. W żadnej innej byłej republice radzieckiej[ w widziałem ich 14], miłośnicy samochodowych antyków nie będą mieli tyle możliwości do ich sfotografowania, co tutaj.
Podstołeczny Eczmiadzyn określany jest czasami jako „Ormiański Watykan”. Raczej niesłusznie. Nie ta skala i ranga. Ale jest tam kilka cerkwi wybudowanych w I tysiącleciu, w tym katedra – siedziba Katolikosa, zwierzchnika kościoła ormiańskiego, którego początki sięgają 301 roku[ fotografia]. To wówczas Armenia, jako pierwszy kraj na świecie, oficjalnie przyjęła chrześcijaństwo. Ormiańskie cerkwie mają bardzo oryginalną architekturę – są wykonane z kamienia i na przecięciu naw mają smukłe tambury nakryte stożkowatymi hełmami.
Podczas swojego pobytu odwiedzam kilka z nich, m.inn. w Klasztorze uwagę inne ormiańskie świątynie jest młody, gdyż powstał w XIII wieku, ale robi podobne wrażenie, jak te z VII wieku. Tuż obok w miejscowości Garni na turystę z Europy czeka niespodzianka. Znajduje się tam bowiem dawna pogańska świątynia, jakby żywcem przeniesiona ze starożytnej Grecji. Wygląda jak oryginał – ma klasyczną bryłę z portykiem wspartym na jońskich kolumnach[ fotografia]. Tyle, że do Grecji jest stąd dobre kilka tysięcy kilometrów. Skąd się tu wzięła? Brak jednoznacznych wyjaśnień.
Żal mi stąd wyjeżdżać. Ze względu na zabytki, widoki, ale przede wszystkim ludzi. Są sympatyczni[ fotografia], pomocni i mają dobrą opinię o naszym kraju. No i mamy tyle wspólnej historii, ponad 6 wieków!