Ameryka Centralna podczas pandemii[2022]

           Dobrze jest przepołowić naszą ponurą zimę jakimś wypadem tam, gdzie słońce świeci codziennie, a termometry wskazują o wiele więcej niż 20 stopni Celsjusza. Mi udało się to na przełomie stycznia i lutego 2022 roku mimo pandemii, która wymusiła dodatkowe formalności, jak chociażby rejestracja internetowa czy test przed wjazdem. Z drugiej strony dzięki niej było mniej turystów, a przez to dostęp do różnych ciekawych miejsc był znacznie łatwiejszy. A takich miejsc znalazło się całkiem sporo, bowiem po kolei odwiedziliśmy Panamę, Kostarykę i Nikaraguę, z każdym dniem coraz bardziej przekonani, że wspinamy się jakby po stopniach atrakcyjności krajów.

Panama od razu kojarzy się z kanałem, który od 1914 roku wydatnie skraca drogę morską w wielu relacjach, np. z jednego wybrzeża USA na drugie. To sprawia, że armatorzy są skłonni płacić 100 tys. dolarów i więcej, byle tylko nie płynąć dookoła Ameryki Południowej, gdyż koszty byłyby jeszcze większe. Najbardziej widowiskowy kanał jest w okolicy śluzy[ zdjęcie], gdy olbrzymi kontenerowiec jest opuszczany lub podnoszony zgodnie z poziomem wody, a tę wyznacza położone pośrodku niego jezioro Gatun. Mówiąc prawdę kanał pod względem malowniczości nie rzuca na kolana, mimo to jego sława ściąga doń chyba każdego cudzoziemca bawiącego w okolicy.

              Wszystkie kraje Ameryki Centralnej zapatrzone są w Stany Zjednoczone, starając się czerpać stamtąd wzorce, jak np. oznakowanie dróg. Ale w tym zapatrzeniu bezapelacyjnie przoduje Panama. Widać to najwyraźniej w mieście stołecznym o nazwie identycznej jak kraju, tyle że z przyrostkiem City. Tak, jak w Ameryce środek porasta las wieżowców, z których aż 23 mają ponad 200 metrów[ zdjęcie]. Do tego dochodzi iście amerykańska plątanina dróg szybkiego ruchu, estakad i mostów, w tym obwodnica umieszczona na słupach nad wodami Pacyfiku. Po tych drogach krążą również taksówki  malowane na żółto jak nowojorskie. Tyle że flota miejscowych aut pochodzi z Azji, gdyż pewnie były tańsze. W tym wszystkim jest jednak pewien dualizm, gdyż ta niby do szpiku kości amerykańska Panama jest ograniczona jedynie do stolicy i ciągów wzdłuż głównych dróg tudzież obszarów odwiedzanych przez cudzoziemców. Gdzie  indziej niewiele różni się od biednej Nikaragui .

        Tę drugą, typowo latynoską Panamę możemy obejrzeć wybierając się na spotkanie miejscowych Indian, żyjących ponoć jak przed wiekami w dżungli nad brzegiem rzeki. Po drodze mijamy zaniedbane wsie z biednymi mieszkańcami i dzikie wysypiska śmieci wzdłuż jezdni o nawierzchni nie tak gładkiej, jak w tej “amerykańskiej” części kraju. Na brzegu rzeki Chagres czekają na nas Indianie Embera, którzy długimi łodziami [zdjęcie]zawiozą nas do swojej wioski. Na miejscu wszystko przebiega zgodnie z ustalonym na całym świecie programem spotkań typu: turyści – dzikie plemię, a więc powitanie, prezentacja, spacer wśród chat, poczęstunek i machanie na do widzenia. No i rzecz jasna zdjęcia do woli. Przerabiałem to już wiele razy pod różną szerokością i długością geograficzną. Dobrze że tubylcy nie wyciągnęli na koniec swoich smartfonów, co mi się kiedyś zdarzyło w Gwinei Bissau. Pewnie nie było zasięgu…

                Wieczorem wsiadamy do samolotu lokalnej linii Copa Airlines i lecimy do San Jose, a kolejny dzień rozpoczynamy od spaceru po kostarykańskiej stolicy. Nie jest zbyt piękna, ale przynajmniej ładnie położona. Zabudowa pod względem architektonicznym jest mocno eklektyczna, na szczęście z prawdziwymi perełkami jak np. modernistyczny budynek miejscowego parlamentu[ zdjęcie]. Po krótkim spacerze wyruszamy na prowincję przedtem wykonując test na COVID 19 w stołecznym szpitalu, którego nie powstydziłoby się żadne polskie miasto wojewódzkie, a pewnie i Warszawa. A to dopiero początek pozytywnych wrażeń, jakie nam dostarcza Kostaryka. To dobrze rządzony i rozwinięty kraj z gładkimi drogami oraz nieźle wyglądającymi wsiami, gdzie panuje ład i porządek. Można i w niestabilnym regionie stworzyć ludziom odpowiednie warunki do życia ? Można.

                 Kostaryka ma mało obiektów zabytkowych, ale słynie z ogromnej bioróżnorodności przyrodniczej z racji położenia na styku  obu Ameryk. Parków narodowych jest tu 32, które wraz z innymi formami ochrony przyrody zajmują aż 1/4 powierzchni kraju. Dla porównania w Polsce to odpowiednio 23 parki obejmujące 1%. Z tego przyrodniczego potencjału władze skutecznie uczyniły motor napędowy dla ekoturystyki. Rocznie przed pandemią ten mały kraj odwiedzało 1,7 miliona turystów. Tyle że niektórzy z nich mogą być rozczarowani. Tak jak ja. Chodzę sobie po Parku Mistico w pobliżu wulkanu Arenal i podziwiam głównie infrastrukturę, w tym długie na prawie 100 metrów mosty linowe zawieszone wśród tropikalnych drzew[ zdjęcie]. Jednak zwierzyny brak.  Udaje się jedynie zobaczyć z daleka leniwca i parę małp, a z bliska kolibra. Dla kogoś kto widział jednocześnie  tysiące zwierząt w Tanzanii, to faunistyczna pustynia. Niektórzy marzą o zobaczeniu tukanów. Na próżno. Na szczęście ja napatrzyłem się na nie w delcie Orinoko kilka lat wcześniej. Przewodnicy lokalni skupiają się więc na pokazywaniu np. mrówek, ale tych akurat na Roztoczu mam pod dostatkiem.

Wygodnymi drogami, w tym słynną Pan American Highway[ zdjęcie], ciągnącą się od Alaski do Patagonii, jedziemy w stronę granicy z Nikaraguą. Za oknem widać stożki wulkanów, które są stałym elementem krajobrazu Ameryki Centralnej. Jednak nie tylko dostarczają wrażeń widokowych. Od czasu do czasu niosą przerażenie i śmierć, choć okoliczni mieszkańcy wydają się być oswojeni z tym zagrożeniem. Przed nami granica Kostaryki z Nikaraguą. Jedna z najgorszych, którą przekraczałem, a mam ich na koncie całe mnóstwo mnóstwo, w tym koszmarne przejścia do ZSRR czy NRD. Odprawa wlecze się w nieskończoność, choć wcześniej  każdy przesłał online swoje dane. Pogranicznicy pytają wszystkich np. o zawód, jakby to miało dla nich jakiekolwiek znaczenie czy ktoś jest sklepikarzem czy spedytorem. Grunt że chce tu przyjechać i zostawić trochę pieniędzy.

Zaraz za granicą widać, że Nikaragua to nie Kostaryka. Droga jest w porządku, ale to co przy niej już nie bardzo. Domy są biedniejsze, a wokół nich bałagan, a nie prawie europejski porządek, jak u południowych sąsiadów. Pojawiają się wcześniej nie widziane zaprzęgi konne. Paradoksalnie to wszystko z turystycznego punktu widzenia budzi większą ciekawość i chęć do fotografowania. Ale wszyscy czekamy na Granadę, miasto ujęte na liście UNESCO. Całkiem słusznie. Jest pełne uroku z racji pokolonialnej zabudowy[ zdjęcie] i jakiejś takiej sennej, ale nastrojowej  atmosfery. Można godzinami krążyć wśród skąpanych w podrównikowym słońcu stylowych domów, obserwować scenki rodzajowe i wciąż czuć niedosyt.

           Granada leży nad jeziorem Nikaragua, ogromnym, bo zajmującym powierzchnię 8200 km 2, czyli trochę tylko mniej niż nasze województwo opolskie. Wybieramy się motorówkami na godzinny rejs, w sumie blisko brzegu, za to wśród maleńkich wysepek, z których niektóre zajmują miejscowi bogacze, a inne po prostu małpy i ptaki. Kolejny przystanek to Laguna de Apoyo, gdzie woda wypełnia kalderę dawnego wulkanu[ zdjęcie]. Przy pobliskim parkingu swoje stragany rozstawili miejscowi sprzedawcy, widząc w nas nadzieję na jakikolwiek utarg, gdyż turystów teraz brak, mimo że przed pandemią było ich w Nikaragui rocznie około miliona.

Przed nami miasto Leon, z którym wiążę duże nadzieje, gdyż  jego  starówka wpisana została na listę UNESCO. Nie zawodzę się. Jest chyba jeszcze bardziej ekscytująca niż ta w Granadzie. Widać więcej młodzieży, a więc życia, ruchu, no i budynki jakby bardziej dostojne. Na pierwszy plan wysuwa się tu ogromna katedra[ zdjęcie] o długości 100 metrów! Dla porównania, najdłuższy zamojski kościół, Franciszkanów mierzy sobie zaledwie 56 m. Dobrze jest powłóczyć się po tutejszych, przeuroczych uliczkach , nie tylko dla wrażeń wzrokowych, ale i węchowych  z racji wystawionych na sprzedaż przypraw.

        Wracamy do Panamy na krótki, bo półtoradniowy wypoczynek nad Pacyfikiem. Jest czas by podsumować wyjazd. Tak się złożyło, że kolejność zwiedzania krajów ułożyła się według ich turystycznej atrakcyjności. Panama? Warto zobaczyć rzecz jasna Kanał, spenetrować stołeczną starówkę i sfotografować pobliskie City. Kostaryka zaoferuje więcej, przede wszystkim bliskość z lasami tropikalnymi, choć bez dzikich zwierząt na wyciągnięcie ręki. Mankamentem jest brak zabytków i jakiegoś wyraźnego kolorytu lokalnego. A to ma właśnie Nikaragua, gdzie są przepiękne miasta kolonialne, bujna natura i ciekawe życie codzienne. Dlatego ją stawiam na pierwszym miejscu podium. Czy więc warto wybrać się do Ameryki Centralnej? Owszem, jeżeli ktoś wcześniej zobaczył już teatr  przyrodniczy w Tanzanii, wieżowce Nowego Jorku i zabytki Włoch.

                                                                                  Marek Marcola