Na podniebnych szlakach w Andach[ Chile, Boliwia, Peru] 2016

Bez wątpienia moją podróżą życia była ta dookoła świata[ patrz wpis]. Ale na drugiej pozycji jest przejazd przez Andy od Chile przez Boliwię do Peru. Z wielu przyczyn. Na pierwszym miejscu postawiłbym widoki, dalej ludzi tam mieszkający i wreszcie miasta. To trudna wyprawa, wymagająca kondycji, gdyż w najwyższym punkcie człowiek znajduje się na 5000 m n.p.m.

Jeszcze przed wyjazdem wielokrotnie spotykałem się z opinią, że Chile jest najwyżej rozwiniętym krajem Ameryki Południowej, zbliżonym do Europy. Tak jest! Widać to już w stołecznym Santiago, czystym, uporządkowanym i dobrze funkcjonującym, choć też z biedniejszymi dzielnicami.  Choć to nic w porównaniu do biedy sąsiednich krajów. W chilijskiej stolicy mieszka jedna trzecia mieszkańców całego kraju, dlatego widać tu rozmach inwestycyjny, obejmujący m.inn. najwyższy budynek całego kontynentu Gran Torre o wysokości 300 metrów – fotografia. Działa metro, pomyślano też o licznych rowerzystach, po ulicach suną duże samochody terenowe, słowem jest nowocześnie i światowo. I bezpiecznie.

Chile to najdłuższe państwo świata w układzie południkowym, gdyż rozciąga się ponad 4 tysiące kilometrów z południa na północ. Dlatego najlepiej przemieszczać się samolotem. Tym właśnie środkiem transportu docieramy do miasta Calamy na górze mapy, a stamtąd autokarem do San Pedro de Atacama. To turystyczne serce słynnej pustyni, na której nie wiadomo kiedy ostatni raz padał deszcz. Jest skalista, a nie piaszczysta jak Sahara. Przed nami pierwsze spotkanie z Andami. Wyjeżdżamy samochodami terenowymi na 4200 metrów, by oswoić się trochę z wysokością. Nie jest dobrze. Nogi odmawiają posłuszeństwa, nawet kilka kroków to wysiłek. Ale warto go ponieść, gdyż widoki są fantastyczne. Malowniczym elementem krajobrazu są tzw. laguny, co oznacza barwne jeziora – fotografia. Nie ma natomiast gór, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. A to dlatego, że jesteśmy na płaskowyżu zwanym Altiplano.

Zjeżdżamy w dół i znowu możemy cieszyć się pełnym tlenu powietrzem. Nie na długo. Wkrótce wyjeżdżamy ponownie w górę w stronę Boliwii. Przejście graniczne chilijskie odbywa się na rogatkach miasteczka San Pedro, skąd do właściwej granicy jest jeszcze godzina drogi. Za to odprawa boliwijska odbywa się przy linii granicznej. Po niej zmieniamy auta i dalej w drodze. Zatrzymujemy się przy kolejnych lagunach nazywanych od koloru wody: Biała, Zielona, Czerwona. W pobliżu formacji skalnych przypominających drzewa[ fotografia] osiągamy najwyższy punkt całej trasy – 5 tys. m n.p.m. Widoki dookoła są fantastyczne, ale choroba wysokościowa nie daje się nimi w pełni cieszyć. Moją pamięcią są fotografie. W razie czego kierowcy mają maski tlenowe. Wieczorem, przy kolacji w mieście Uyuni dostajemy do żucia liście koki. Ponoć pomagają na łagodzenie skutków wysokości. Właściwości halucynogennych nie mają żadnych.

Uyuni słynie z dwóch rzeczy:  ogromnego solniska i cmentarzyska starych parowozów, o którym piszę w dziale kolejowym. A Salar de Uyuni? Nigdy czegoś podobnego nigdzie nie widziałem! I nie zobaczę. Bo jest największe na świecie solnisko  zajmując powierzchnię ponad 10 tys. km 2[ fotografia]. Kiedy człowiek znajdzie się w przestrzennym bezkresie, czuje się jakoś nieswojo. Zwykle ma dookoła siebie jakieś ograniczenia typu dom, ulica, drzewa. Tu nie ma nic, tylko pustka rozciągająca się ponad 140 kilometrów w najszerszym miejscu. I jest idealnie płaska. Nachylenie wynosi jedynie 41 centymetrów!

Rano lecimy do La Paz, niby stolicy kraju, ale w sumie tylko siedziba rządu. Zgodnie z konstytucją jest to miasto Sucre. Lądujemy na lotnisku El Alto na wysokości 4100 m n.p.m. Dobrze że mamy za sobą zaprawę wysokogórską, gdyż byłoby krucho. I pomyśleć, że w tych warunkach, w maju 1988 roku Jan Paweł II odprawił tu Mszę Świętą dla 400 tysięcy osób. Miał wtedy 68 lat. Na dół do miasta najwygodniej dostać się kolejką gondolową – fotografia. Ma ona w założeniu połączyć biedną część społeczeństwa żyjącą na górze z bogatszą – na dole. Zwykle bogacze wolą spoglądać na innych z wysokości, w La Paz uciekają w dół  tam, gdzie jest więcej tlenu. Ale i tak zbyt mało tu miejsca  dla osób niewprawionych . Dlatego nikt z zagranicy nie chce tu rozgrywać meczy, bo co to za gra, gdy piłkarz musi odpoczywać po kilkunastu krokach.

La Paz jest miastem fascynującym, z piękną starówką, na której wciąż można zobaczyć ludzi ubranych w tradycyjne stroje, a po wąskich ulicach centrum krążą kolorowe samochody[ fotografia]. Wąskich i stromych warto dodać. W zimie, kiedy spadnie tu śnieg[ a pada, mimo że do równika jest blisko] poruszanie po nich jest nader ryzykowne. La Paz ma jakiś nieokreślony urok, swój sznyt i charakter. Wiele innych miast na tym kontynencie jest zupełnie bezbarwnych lub zwyczajnie podobnych do siebie.

 

Kolejnym punktem na trasie jest Tiahuanaco, tajemniczy ośrodek kultury andyjskiej, która swój rozkwit przeżywała przez około tysiąc lat począwszy od III wieku naszej ery. Na obszarze około 3 km 2 znajduje się kompleks lepiej lub gorzej zachowanych ruin, z których najbardziej znana jest Brama Słońca – fotografia. Jak wszędzie tutaj jest wysoko i ponuro. O zimnie nie wspomnę.

 

Widok na jezioro Titicaca z okien autokaru[ fotografia] oznacza, że zbliżamy do Peru, gdyż leży ono na terytorium tych dwóch państw. Jest najwyżej[ 3812 m n.p.m.] położonym jeziorem wysokogórskim, na którym możliwa jest żegluga. W tym wypadku określenie “wysokogórskim” z niczym efektownym się nie łączy, bowiem wokół rozciąga się płaskowyż Altiplano i jest po prostu wyżynnie. Wieje nudą. Choć wysoko. Już nasze poczciwe Morskie Oko dostarcza zdecydowanie lepszych widoków. Mówi się za to, że Titicaca to jedyne miejsce na świecie, gdzie można doznać równocześnie choroby wysokogórskiej i… morskiej.

W peruwiańskim fragmencie jeziora też brak jest emocji. Nawet podczas wyprawy do słynnych wysp Uros, gdzie wciąż zamieszkują Indianie, którzy wybrali wolność zamiast ograniczeń na lądzie. Niby wszystko jest w porządku: zbudowane z grubej trzciny wysepki, kolorowi mieszkańcy i wymyślne statki. Tyle że jest tam wyjątkowo niegościnnie, głównie z racji klimatu. Po prostu zimno, wilgotno i niebezpiecznie[ trzeba uważać na dosyć szerokie otwory wykonane w trzcinie – fotografia]. Gdybym musiał spędzić tam więcej niż godzinę, pewnie uciekłbym na ląd wpław. Mimo brudnej i zimnej wody. Swoją drogą, gdyby mieszkańcy tych, i dalszych okolic, zeszli w dół o dwa czy trzy tysiące metrów niżej mieliby przyjemne ciepło i nie musieliby nosić cały rok grubych ubrań. Chociaż wtedy nie zbudowaliby tak imponujących budowli. Upał by ich rozleniwił.

Następny przystanek to miasto Cusco położone na wysokości 3326 m n.p.m. Gdzie indziej podaje się na tablicach przy wjeździe do danej miejscowości np. datę założenia lub liczbę mieszkańców, zaś w Peru – wysokość nad poziomem morza. Cusco wybudowali Inkowie w XII wieku i było ich stolicą aż do wkroczeniu tu oddziałów konkwistadora Francisco Pizzaro w 1536 roku. Miasto może się podobać ze względu na położenie i zabudowę, głownie pokolonialną[ fotografia]. Ciekawostką jest, że wśród jego miast partnerskich znajduje się Kraków. Jednak dużo ciekawszy.

Dotarcie do słynnego Machu Picchu to nie jest prosta sprawa. Najpierw jedziemy autokarem do stacji kolejowej o łatwej do zapamiętania nazwie nazwie Ollantaytambo. Aby wejść do wagonu należy mieć nie tylko bilet, ale również paszport[ tubylcy dowód osobisty]. Po ponad godzinnej jeździe wysiada się u stóp szczytu, na którym leży słynne inkaskie miasto. Dalej można wejść pieszo lecz prawie wszyscy korzystają z autobusu, który mozolnie pokonuje wijącą się drogę w górę. Zabezpieczenia mają być wybudowane kiedyś tam … Po dotarciu do celu przewodnicy nie prowadzą bezpośrednio do ruin tylko na punkt widokowy ponad nimi. I to jest to! Bo ta właśnie panorama jest  najefektowniejsza lecz przez pierwsze 5 minut. Potem powszednieje i traci wraz z przybliżaniem się. Zaś w środku jest niewiele ciekawego do podziwiania. Ot, mury ułożone z niewiarygodną precyzją[ fotografia]. Jak Inkowie byli w stanie tak idealnie dociąć twarde kamienie? Nawet obecnie byłoby to niezmiernie trudne przy użyciu palników laserowych . Wciąż nie znamy odpowiedzi na to pytanie.

Jest tu jeszcze jedna ciekawostka. Jak wspominałem, na dużej wysokości czyli 3,5 – 5 tys. metrów wcale nie ma typowo górskiego krajobrazu – jest równinnie i  monotonnie. Pojawia się on dopiero niżej, na poziomie odpowiadającym naszym Tatrom. Bo właśnie na 2400 metrach leży Machu Picchu. Dopiero tu trzeba bardzo patrzeć pod nogi, żeby nie spaść w przepaść – fotografia. Paradoksalnie na poziomie dwukrotnie wyższym, czyli około 5000 metrów żadne niebezpieczeństwo nie czyha. Jest płasko.

Po wyjściu z samolotu Cusco – Lima zachowuję się jak ryba wyrzucona na brzeg. Chwytam, powietrze. Nie mogę nasycić się normalnym oddechem z odpowiednią ilością tlenu. Ale najlepsze dopiero przede mną. Poprzez przebywanie na dużych wysokościach organizm wzmocnił się na tyle, że poczułem ogromny przypływ mocy, która pozostanie ze mną przez miesiąc. Potem wszystko wróci do normy sprzed wyjazdu. Jaka jest Lima? W centrum przypomina hiszpańskie miasta[fotografia].Jednak im dalej od niego tym bardziej Europa zmienia się w Amerykę Południową. Tam raczej nie wybrałbym się na spacer…

                                                                        Marek Marcola