Trzy kraje na Półwyspie Arabskim [ 2025]

Ostatni tydzień lutego 2025 roku spędzam intensywnie na Półwyspie Arabskim, odwiedzając trzy państwa, a właściwie ich stolice. Wydają się do siebie podobne, bo wiele je łączy – są bogate, islamskie i mają arabski rodowód. Ja jednak staram się znaleźć różnice i okazuje się, że nie jest to wcale takie trudne.

Moją podróż zaczynam od Bahrajnu, który stanie się bazą wypadową do dwóch pozostałych. Bramą do niego jest nowoczesny i bardzo funkcjonalny port lotniczy[ fotografia]. Wynika to nie tylko z wielkości obiektu, ale też dobrej organizacji. Od razu widać też, że Bahrajn jest krajem otwartym na turystów. Odprawa przebiega sprawnie, nawet, gdy w grę wchodzi wydanie wizy. Cieszą też ceny. Półlitrowa butelka Coca – Coli kosztuje równowartość 5 złotych, na Okęciu ponad dwa razy więcej! Ten mini kraik wielkości Warszawy od początku robi dobre wrażenie. Imponuje dobrą siecią nowoczesnych dróg, efektownym budownictwem, a także  skuteczną walką z niekorzystnym otoczeniem naturalnym, czyli położeniem na pustyni i na wyspach. Z tym ostatnim poradzono z tym sobie dość sprawnie sadząc rośninnośc, a wyspy spinając mostami i groblami.

Nazajutrz ruszam na zwiedzanie stołecznej Manamy. Biorę taksówkę i jadę do centrum. Taxi jest tutaj wygodniejszym środkiem lokomocji, choć nie najtańszym – wbrew obiegowej opinii. Ale wybór jest niewielki: można wynająć auto, albo zdać się na komunikację publiczną, o ile uda się rozszyfrować schemat kursowania autobusów. Zrazu wstępuję do kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa. Właściwie to kompleks religijny, obejmujący kilka obiektów. Służy katolikom z całego świata, którzy tutaj żyją i pracują, stanowiąc około 9 procent populacji. Władze nie czynią im przeszkód w praktykach religijnych. W gorszym położeniu są …muzułmanie. Oczywiście nie wszyscy lecz tylko będący w większości szyici. Władza jest bowiem w rękach sunnitów. Biorę udział we Mszy Świętej dla społeczności hiszpańskojęzycznej, a potem krążę po całym zespole kościelnym . Wszędzie w oczy rzucają się portrety papieża[ fotografia], który w 2022 roku odwiedził Bahrajn.

Tuż obok rozpoczyna się dzielnica określana nam mapach jako “Stare Miasto”. Już po kilkudziesięciu  krokach przekonuję się jak bardzo jest to na wyrost. Można by się spodziewać tradycyjnych zaułków ze starą zabudową i tradycyjnym życiem tubylców. Jest wręcz odwrotnie: budynki nie są takie stare, a na pewno nie stylowe, poza tym należy zapomnieć o typowej arabskiej atmosferze. Już o wiele ciekawiej jest w pasie nadmorskim, gdzie króluje nowoczesny przepych i strzelające w niebo wieżowce. Wśród nich wzrok przyciąga Bahrain World Trade Center, bez wątpienia architektoniczny symbol Manamy. Wprawdzie nie jest najwyższy[ 240 metrów, rekordzista ma 270], ale na pewno nikt nie odmówi mu oryginalności konstrukcji.

Przez kolejne dni – w przerwach między zagranicznymi wypadami – włóczę się głównie po okolicy mojego hotelu i odkrywam inne oblicza stolicy: nie tak wysokiej, ale wciąż interesującej i wartej spaceru. Choć bez architektonicznej wybitności, którą zastępuje pospolitość. Tu dostrzegam też prozę typową dla tych “gorszych” części miasta: bywa brudno, tereny zabudowane przeplatają się z pustawymi i mocno zaniedbanymi placami[ fotografia], chodniki nie są zbyt równie, a segregacja odpadów nie istnieje. O, przepraszam – jest wyjątek:  w porcie lotniczym ustawiono jakby na pokaz pokolorowane odpowiednio pojemniki. W tych oddalonych od centrum rejonach widać jeszcze coś: biedę. Tak, w 21 najbogatszym kraju świata[ 16 oczek wyżej niż RP] można zobaczyć nędznie ubranych i penetrujących śmietniki przy blokach mieszkalnych ludzi. Bez wątpienia to przybysze z Azji Południowej, którym z różnych przyczyn wyjazd na saksy się nie powiódł.

Z punktu widzenia turysty z Europy czy innych cywilizowanych państw świata największym zagrożeniem nie jest przestępczość pospolita[ bo jej prawie nie ma] tylko ruch drogowy. U siebie jest przyzwyczajony do pełni praw dla pieszego. W Bahrajnie nie ma żadnych. Jak przedostać się na drugą stronę ruchliwej dwujezdniowej drogi[ fotografia], gdy nie ma na niej świateł czy przejść podziemnych lub naziemnych?  Dochodziłem czasami do wniosku, że najlepiej byłoby wziąć taksówkę, aby znaleźć się na drugiej stronie. No, można jeszcze poczekać do godzin wczesnoporannych kiedy ruch maleje… Wiadomo, że na ruchliwych skrzyżowaniach trzeba było zamontować światła. Ale służą  przeważnie kierowcom aut. Pieszy musi wychylić się i spojrzeć od strony kierowców i jeżeli zobaczy dla nich czerwone może zaryzykować. Piszę zaryzykować, bo nie zobaczy przecież oznaczenia dla tych skręcających w poprzeczną ulicę. Nawet jak trafi się sygnalizacja pieszych[ bardzo rzadko lub jeszcze rzadziej] to ich tak nie ma kompletu, czyli na całej trasie przejścia, a jedynie na dwóch głównych jezdniach. Te dojazdowe trzeba pokonać samodzielnie, wciskając się w sznur pojazdów. Jest jeden plus tej sytuacji: tutaj nikt nie pokonuje jezdni z nosem w telefonie. No chyba że zaplanował sobie samobójstwo.

W wolnych od zagranicznych wojaży chwilach postanawiam wybrać się na słynny most łączący Bahrajn z Arabią Saudyjską. Połączenie [ fotografia]oparte o betonowe konstrukcje, groble oraz wyspy naturalne i sztuczne wyspy ma w sumie 25 kilometrów i pozwala dotrzeć wyspiarzom na kontynent. Niektórzy dopiero w sąsiednim kraju mogą wypróbować moc i maksymalną prędkość swych aut. Docieram z taksówkarzem na wyspę gdzie jest wspólne przejście graniczne. Niestety, wieża widokowa, zapewniająca wyborny widok na całą przeprawę jest akurat w remoncie. A z dołu niewiele widać. Co ciekawe, planuje się od lat, by połączyć tak samo bahrańskie wyspy z Kataru, który leży na półwyspie. A most tamże jest dopiero w sferze projektów.

Jak wygląda życie codzienne w Bahrajnie? Dla tubylców jest wygodne i dostatnie. Gorzej mają zarobkowi imigranci z biednych azjatyckich krajów, ale i tak praca tu gwarantuje o wiele lepsze zarobki niż u siebie. Można spokojnie zaspokoić potrzeby swoje, ale i pozostawionej oczekiwania rodziny. Spotykam także dwie osoby, które przyjechały tutaj z innego rejonu świata. Pierwsza to Kubanka, która jest w Bahrajnie od dwóch lat  i widać, że zrzuciła z siebie traumę wegetacji na karaibskiej wyspie. Jest – w przeciwieństwie do pozostawionych w kraju rodaków – uśmiechnięta i zadowolona z życia. Drugą jest Wenezuelczyk. Też uciekł ze strasznej biedy. Uśmiecha się. Dzięki napływowi ludzi z różnych stron świata oferta gastronomiczna jest bardzo bogata, zbyt dobra[ na fotografii restauracja irańska], by nawet patrzeć w stronę pizzerii, punktów typu fast food i kebab. W sklepach jest dostatek towarów w cenach zbliżonych do polskich. Tylko trzeba uważać na metki, bo do cyfr na nich widniejących dolicza się jeszcze VAT. Podobnie, jak w USA.

[fo

Spacerując po Bahrajnie łatwo dostrzec planowane i realizowane ambitne inwestycje. Pewnie uznano, że warto się uatrakcyjnić w oczach bogatych cudzoziemców wobec wyzwań jakie stawiają przyciągający ich uwagę bliżsi i dalsi sąsiedzi, czyli Katar i ZEA. Zaczęto więc i tu budować luksusowe apartamentowce[ fotografia], w wielu też miejscach widnieją reklamy o wolnych mieszkaniach.

W czasach mojej młodości niemal mityczną krainą dobrobytu był Kuwejt. Nie Emiraty, tylko właśnie państwo wciśnięte między większych sąsiadów na samej północy Zatoki Perskiej. Komu udało się tam wyjechać na kontrakt był “ustawiony” – jak wówczas mówiono, do końca życia. Zatem po decyzji o wybraniu się w tamte rejony, wiem od razu, że muszę skonfrontować te dawne opinie z rzeczywistością obecną. Już port lotniczy nie zachwyca: jest przestarzały, i nijak się ma do supernowoczesnego w Manamie. Podobnie z wydawaniem wiz. W Bahrajnie od ręki załatwia to jeden urzędnik przy okienku, tutaj trzeba skserować paszport, wypełnić druczek i swoje odstać w kolejce. Na szczęście nie ma pytań: “po co i dlaczego”. Biorę taksówkę i jadę do centrum w pobliże mojego hotelu, który otworzy swe podwoje dla nowych gości dopiero o 15.00. Mam sporo czasu na poznanie miasta. Już po drodze widzę, że sieć dróg jest na najwyższym poziomie. Wszędzie aż roi się od ekspresówek [ fotografia] czy nawet autostrad z bezkolizyjnymi skrzyżowaniami. Ulice miejskie też są generalnie bez zarzutu. Występuje jedynie ten sam problem co w Bahrajnie: jak przekroczyć jezdnię bez świateł czy przejść podziemnych i naziemnych? Te wynalazki trafiają się bardzo rzadko. Właściwie to zobaczyłem w stolicy dwa solidne przejścia zrobione z myślą o pieszych: czynne naziemne, za które do dziś jestem wdzięczny, bo choć raz pozbawiło mnie stresu, i podziemne, nieczynne od lat, pewnie oficjalnie w remoncie.

Stolica, czyli Kuwait City, może pochwalić się w niektórych miejscach całkiem udaną zabudową[ fotografia]. Jeżeli jednak chodzi o założenie urbanistyczne, miasto wydaje się być nieco chaotyczne, postawione spójnej koncepcji. Rażą również liczne niedoróbki, do których chyba się już wszyscy przyzwyczaili, i nie zwracają na nie uwagi, jak ubytki w chodnikach czy totalnie zaniedbane rejony, place, itp. Ale więcej jest tych miejsc, które cieszą oko i nie wymagają patrzenia pod nogi.

Kuwejt jest zupełnie nieprzygotowany na turystów, nawet można odnieść wrażenie, że nikomu na nich specjalnie nie zależy. Brakuje oznakowania ciekawych obiektów, informacji, dbałości o unikalną atmosferę, którą zagraniczni goście tak lubią. Wieża Wyzwolenia, z której roztacza się ponoć świetny widok jest niedostępna i trudno ustalić dlaczego. Brakuje widocznej oferty turystycznej, a wymiana pieniędzy to droga przez mękę, która trwa około kwadransa. W kantorach żąda się nie tylko paszportu, wizy, podpisania kilku druczków, ale i numeru telefonu. Ciekawe po co? A jeżeli chodzi o pieniądze, to dinar kuwejcki jest nominalnie najsilniejszą walutą świata, gdyż jest równoważny 3 dolarom.

2 sierpnia 1990 roku to ważna data w najnowszej historii kraju. To wtedy właśnie sąsiedni Irak najechał sąsiada, skuszony zasobami płynnego złota. Na odsiecz pośpieszyła koalicja 27 państw[ w tym Polski] pod wodzą USA i pół roku później Kuwejt oswobodzono. Pojawiły się wtedy głosy, że władze kuwejckie nie skąpiły grosza na ten cel. Miały z czego. Tutejsze złoża ropy naftowej zalicza się do najbogatszych w świecie. A jak jest dzisiaj z tym mitycznym bogactwem? W rankingu Międzynarodowego Funduszu Walutowego Kuwejt zajmuje 39 miejsce z dochodem na jednego mieszkańca po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej w wysokości 51 tysięcy dolarów amerykańskich. Przeciętny Polak lokuje się na 37 pozycji z dochodem wyższym o 3 tysiące USD. Teraz my jesteśmy bogatsi, chociaż dinar[ fotografia] jest trzynaście razy więcej wart od złotówki!

Kiedy kilka lat temu szczelnie przez dziesięciolecia zamknięta Arabia Saudyjska poszerzyła listę krajów uprawnionych do ubiegania się o wizę elektroniczną m.inn. o Polskę, chciałem od razu tam polecieć. Ale był problem z internetowym serwisem wizowym, chyba najgorszym w świecie. Już na Kubie jest lepszy!. Udało mi się dopiero teraz, krótko przed wylotem do Bahrajnu. Jeszcze w Polsce kupuję więc bilet do Rijadu i na drugi dzień po powrocie z Kuwejtu wsiadam na pokład tanich linii saudyjskich Flynas. Bardzo jestem ciekaw tego kraju, o którym krążą przeróżne wiadomości związane z ortodoksyjnością religijną i obyczajową. Spodziewam się przeszukania bagażu i pytań. Ale przy doprawie uśmiechnięta pani pobiera ode mnie tylko odciski palców i nawet nie patrzy na wydrukowaną przez mnie wizę. Ma swoją w komputerze. Port lotniczy[ fotografia] nie ustępuje niczym tym znanym i renomowanych; rocznie odprawia się tu 26 mln pasażerów, o 6 mln więcej niż w Warszawie.

Ma też i ciemne strony. Działa tam “mafia” taksówkowa, której naganiacz żąda od mnie 200 riali za przejazd do hotelu. Wiem, że to za dużo i wsiadam – za radą jakiegoś tubylca –  do oficjalnego przewoźnika –  zielonej Toyoty. Będzie mnie to kosztować 124 SAR. Pora na wyjaśnienie –  rial saudyjski jest niemal równy złotówce, co znacznie ułatwia rozliczenia. Późno w nocy melduję się w hotelu, który nie spełnia moich oczekiwań. Nie dość że drogi[ ponad 500 złotych za noc], to jeszcze oferujący niski standard w oparciu o wyposażenie z lat siedemdziesiątych poprzedniego stulecia. Ma jednak jeden niezaprzeczalny walor: leży w samym centrum, ledwie kilkaset metrów od kultowego Kingdom Centre[ fotografia]. Ten wysoki na 311 metrów wieżowiec, przypominający otwieracz do kapsli, jest symbolem saudyjskiej stolicy, dobrze widocznym z oddali, gdyż nie towarzyszy-  jak w Warszawie –  las innych “drapaczy chmur”. Niestety, mój plan, by wjechać na tzw. most podniebny” spalił na panewce. Jest to możliwe dopiero o 16.30. Wtedy ja będę już na lotnisku. Szkoda.

Spacerując po centrum z zainteresowaniem przyglądam się przechodniom. Ale nie natarczywie, gdyż tutaj jest to niemile widziane. To, że saudyjskie kobiety są  szczelnie zakryte czarnymi strojami[ fotografia 1], wiedziałem od dawna. Ale zaskoczył mnie tradycyjny strój większości mężczyzn[ fotografia 2]. W każdym wieku. Ja też wzbudzam zainteresowanie, gdyż turystów prawie tu nie ma. Odczuję to np. w supermarkecie na zakupach[ ceny jak u nas], zderzając się z ciekawskimi spojrzeniami innych klientów.

Ruch samochodowy jest spory, choć korków nie zauważyłem. Auta nie są jakoś przesadnie rzucające się w oczy, ot , typowe pojazdy, żadne tam Porsche, Maserati czy Lamborghini. Choć pewnie i sporo osób ma takowe w swoim garażu. Centrum przecina droga szybkiego ruchu. Na moje szczęście budowniczowie pomyśleli o pieszych, montując sygnalizację uliczną. Mało tego! Jest też przejście naziemne[ fotografia].W przeciwieństwie do dwóch wcześniej odwiedzanych krajów jest jakby mniej robotników cudzoziemskich. Pewnie wśród 32 milionów obywateli łatwiej znaleźć odpowiednie osoby.

Z powrotem na lotnisko wracam nie drogą taksówką, tylko metrem. Od grudnia 2024 mieszkańcy i przybysze do Rijadu mogą korzystać z 85 stacji i 6 linii o łącznej długości 176 kilometrów. Może się poszczycić najdłuższymi na świecie odcinkami, obsługiwanymi przez składy autonomiczne, bez maszynisty. Dzięki temu, jak się usiądzie na samym przodzie, można się wczuć w jego rolę[ fotografia 1]. W wagonach jest segregacja pasażerów na rodziny, kobiety i single. Bezpieczeństwo zapewnia ścianka z drzwiami, które otwierają się po przyjeździe pociągu. A za przejazd można zapłacić kartą przechodząc przez bramki, i potem znowu przy wyjściu. Tak nowoczesne metro ma też efektowne stacje, zwłaszcza ta o nazwie KAFD, czyli w dystrykcie finansowym, gdzie robię przerwę w drodze na lotnisko[ patrz poniżej]. Ależ wrażenie wywołuje jej futurystyczne wnętrze[ fotografia 2] i bryła[ fotografia 3]!

KAFD, czyli King Abdullah Financial District[ fotografia] to kolejna chluba stolicy Arabii. Tworzy ją zespół 95 budynków zaprojektowanych przez duńską firmę. Mają służyć nie tylko prowadzeniu interesów lecz także być domem dla 50 tysięcy mieszkańców. Nie wszystkie zostały jeszcze ukończone, w wielu miejscach stoją jeszcze dźwigi budowlane, widać też robotników kręcących się wokół. Ale nawet to, co już wybudowano naprawdę zachwyca, bardziej niż przereklamowane architektoniczne sztampy Dubaju. O dziwo, w dobie powszechnego dostępu do informacji, zdjęć, planów, itp. w KAFD obowiązuje zakaz fotografowania typowymi aparatami, choć tymi w telefonach można.

Co myśleć o tych bogaczach ze Środkowego Wschodu, którym się bardziej poszczęściło niż biedniejszym arabskim braciom z basenu Morza Śródziemnego? No cóż, można na to różnie spojrzeć. Kraje zachodnie przez wieki bogaciły się i dochodziły do optymalnych rozwiązań nie tylko w zakresie budownictwa, urbanistyki, uprawy roli, ale także jeżeli chodzi o prawa człowieka, ruch drogowy, porządek i estetykę. Kraje Zatoki do dostatku doszły szybko dzięki złożom ropy i gazu. Za pieniądze ze sprzedaży tych surowców postawiły imponujące gmachy i zbudowały porządną infrastrukturę. Jednak kuleją u nich sprawy społeczne, stąd np. taki ruch drogowy i porządek. Dobrych nawyków nie da się kupić…

Marek Marcola