Kanada w zimowej szacie, 2016

Na lotnisku w Toronto urzędnik imigracyjny nie jest zbyt dociekliwy i zadowala się krótkimi odpowiedziami. Wygodnym i szybkim pociągiem docieramy do miasta i odnajdujemy nasz apartament. Znajduje się w jednym tych z budynków w centrum , które trudno od siebie odróżnić. Za to blisko stąd do brzegów jeziora Ontario i do CN Tower – niekwestionowanego symbolu miasta. Wyjeżdżamy na punkt widokowy urządzony na 447 metrze i rozglądamy się wokół. A jest na co. Z jednej strony  wzrok przyciąga  grupa lśniących w słońcu wieżowców, z drugiej ogrom jeziora Ontario, a wszystko to osadzone w kanadyjskich bezkresach[ zdjęcie].

Kanada to przecież drugie pod względem obszaru państwo świata o powierzchni 9,8 mln km 2, gdzie zamieszkuje zaledwie 36 milionów osób, czyli jeszcze mniej niż w Polsce. A jego sercem- choć nie stolicą – jest Toronto z 6 milionami mieszkańców. Miasto typowe dla Nowego Świata: w centrum drapacze chmur wybudowane wzdłuż ulic krzyżujących się pod kątem prostych, które przechodzą powoli w niższą zabudowę, aż do domków jednorodzinnych. Dla mnie Toronto najlepiej prezentuje się z jednej z wysepek oddalonych od miasta o kilka kilometrów. Stąd roztacza się fantastyczna panorama, podkreślona surową, zimową scenerią. Rzeczą, która właśnie zimą najbardziej spodobała mi się jest tzw. PATH, czyli system podziemnych i ogrzewanych korytarzy o długości 30 kilometrów, którymi można przemieszczać się swobodnie bez względu na pogodę na zewnątrz. To taka namiastka metra, tyle że dla pieszych. Jest akurat niedziela, więc wybieramy się na Mszę Świętą do polskiego kościoła pod wezwaniem Św. Stanisława. Potem jest okazja, by spotkać z miejscowymi Polakami, a jest ich w samym Toronto 250 tysiecy, a całym kraju cztery razy więcej. Trafiamy też ulicę, gdzie pełno jest polskich sklepów i instytucji[ zdjęcie].

Nazajutrz czeka nas największa, jak się wydaje atrakcja: wycieczka nad wodospad Niagara[ zdjęcie]. Ma on wymarzoną lokalizację, gdyż leży na granicy kanadyjsko – amerykańskiej, w pobliżu wielkich miast obu  krajów, a więc milionów potencjalnych turystów. To pewne, że gdyby znajdował się gdzieś indziej, nie zostałaby tak potężnie wypromowana. W zasadzie spece od reklamy potrafili przekonać cały świat, że Niagara jest jakby synonimem wodospadu. A jaka faktycznie jest? Rzeczywiście robi wrażenie, choć  w sumie to maleństwo, bo woda spada ledwie z 50 metrów, tyle że szerokim korytem. Właściwie są dwa wodospady, sprawiedliwie podzielone między oba kraje. Ten kanadyjski jest o wiele bardziej widowiskowy, zatem Amerykanie przejeżdżają tłumnie na sąsiednią stronę, skąd lepiej widać oba.

Po dwóch stronach rzeki znajdują się miasta o identycznej nazwie Niagara Falls. Tego amerykańskiego nie odwiedziłem, ale jeżeli jest podobne do kanadyjskiego to niewiele straciłem, bo okazało się koszmarnie brzydkie i kiczowate, przynajmniej w tej części turystycznej. Jest to o tyle dziwne, że  nie zawsze tak było. Każdy, kto widział film “Niagara” z 1953 roku z Marylin Monroe w roli głównej, mógł podziwiać stylową zabudowę, dopasowaną do pięknego otoczenia. Na szczęście w pobliżu jest fantastyczne miasteczko, gdzie czas jakby zatrzymał się wiele dekad temu. Mowa o Niagara – on – the Lake[ zdjęcie], nie dość że wyjątkowo nastrojowym, to jeszcze z polskimi akcentami z I wojny światowej. Tu bowiem funkcjonował polski obóz szkoleniowy “Camp Kościuszko”

Tabor kolejowy w Kanadzie nie robi szczególnego wrażenia, na uwagę zasługuje przede wszystkim rozmiar sieci, która mierzy 65 tys. kilometrów. Mamy okazję przejechać się małym fragmentem legendarnej Kanadyjskiej Kolei Pacyficznej Montreal – Vancouver, wybudowanej pod koniec XIX wieku dla połączenia Zachodu i Wschodu. Wprawdzie nie jest tak długa jak Kolej Transsyberyjska, ale 4696 kilometrów też robi wrażenie. My startujemy w Toronto i wysiadamy na stacji Bellville, gdzie wypożyczamy na kilka dni auto. Trafia nam się amerykański Dodge, którym będziemy podróżować do Montrealu i Ottawy, przeważnie autostradami- szerokimi, wygodnymi i pustymi[ zdjęcie]. Aż chciałoby się przycisnąć pedał gazu, ale wielkie tablice ostrzegają: “Kara za przekroczenie prędkości o 50 km wynosi 10 tysięcy dolarów”. Nawet dla rdzennego Kanadyjczyka to kwota nie do zaakceptowania za drogowe szaleństwa, więc wszyscy suną powoli. Dzięki temu można lepiej przyjrzeć się prowincji. Generalnie jest niezamieszkała i składa się z ogromnych przestrzeni, prawie bezludnych. A  przecież jesteśmy w tej najbardziej skolonizowanej części kraju. A co mówić o Północy, czy chociażby prowincjach środkowych?

Montreal od początku robi niekorzystne wrażenie, zwłaszcza pod względem stanu dróg. W bogatej Kanadzie dziurawe ulice? O co chodzi? Jest kilka przyczyn. Po pierwsze Olimpiada z 1976 roku, która okazała się klęską finansową, spłacaną potem przez 30 lat. Do tego doszła nieodpowiednia polityka integracyjna względem ludności angielskojęzycznej, a mówimy przecież o frankofońskim Quebecu. Anglosasi wynieśli się do Toronto, który zaczął rozwijać się, a Montreal wręcz przeciwnie. Widać to na każdym kroku. Słowo daję, że Warszawa wydaje się być bardziej światowym miastem! Na plus należy zapisać starówkę, gdyż bardzo przypomina Europę i pozwala odetchnąć od bezdusznych północnoamerykańskich miast. W jej sercu stoi XIX wieczna Bazylika Notre Dame[ zdjęcie], którą w 1984 roku odwiedził Jan Paweł Święty, o czym przypomina stosowna tablica.

Naszym kolejnym celem jest stołeczna Ottawa. O, to miasto skrojone jest na właściwą miarę: nie za duże i nie za małe- w sam raz do spokojnego i wygodnego życia. Kanada, tak jak i Australia czy RPA, znalazła dobry sposób na pogodzenie rywalizacji wielki miast, by zostać stolicą kraju. Po prostu wybrano inne, mniejsze, z reguły usytuowane pomiędzy rywalami. Tym samym osiadła tam cała rzesza urzędników różnego szczebla, zatrudnionych w kluczowych dla państwa instytucjach, dla których wybudowane efektowne gmachy. Na dobrą sprawę kanadyjska stolica jest architektonicznie i topograficznie ciekawsza od Waszyngtonu, choć brak w niej kultowych obiektów jak np. Biały Dom. No, ale monumentalny gmach Parlamentu Kanady[ zdjęcie] może konkurować z amerykańską siedzibą Kongresu.

Kierujemy się w stronę Bellville, cały czas mierząc się ze śnieżną i mroźną zimą oraz poczuciem dojmującej pustki dookoła. Jak każdego dnia zatrzymujemy się coś zjeść. A z tym jest problem. W barach króluje nieśmiertelny zestaw: hamburger, frytki i cola. Rozpacz. Jak widzę, że kierowcy TIR – ów tym obrzydlistwem się zajadają – u nas z reguły wiedzący, gdzie jest dobre żarcie – robi mi się słabo. Ach, gdyby trafił się schabowy. W miasteczku Tweed zatrzymujemy się na nocleg w typowym motelu, o dziwo pełnym mimo zimy. Jest jeszcze czas na spacer, podczas którego można zobaczyć taką osobliwość jak ” najmniejsze więzienie na półkuli północnej”. Ale kto wie, czy najbardziej w pamięć nie zapadnie bajeczny wchód słońca[ zdjęcie].

Powrotna podróż pociągiem do Toronto to dobra okazja na podsumowanie wrażeń. Kanada jest ze wszech miar godna polecenia. Nie dość, że bezpieczna i przyjazna, to jeszcze ma tak wiele turyście  do zaoferowania. A że kopia USA?  No, ale ktoś powiedział kiedyś, że to wprawdzie  takie Stany Zjednoczone, tylko bez ich wad. Gdyby jeszcze jedzenie było lepsze…

Marek Marcola