Brazylia – marketingowy majstersztyk – 2005

Wiele osób na hasło “Brazylia” wyobraża sobie piękny i otwarty na przyjezdnych kraj, którego znakiem rozpoznawczym są rajskie plaże i roznegliżowane kobiety na nich opalające się w czasie, kiedy nie tańczą samby podczas karnawału. No cóż, rzeczywistość  jest zupełnie inna od tej wykreowanej przez speców od marketingu.

Do Brazylii lecę z przesiadką w Pradze z tamtejszym biurem podróży. Stąd też pasażerami są w większości Czesi, Polaków jest zdecydowanie mniej. Przy odprawie paszportowej po przylocie mam wielką satysfakcję, gdy okazuje się, że Polacy nie potrzebują wiz do Brazylii ,natomiast nasi południowi sąsiedzi , patrzący z reguły na nas z wyższością , tak. Wyjaśniam im ,że jesteśmy po prostu większym krajem, z którym świat się bardziej liczy. Po minach widzę, że ta odpowiedź nie bardzo im odpowiada.  Z lotniska rozwożeni jesteśmy do hoteli ; mój znajduje się w centrum 2 milionowej Fortalezy, położonej nieco na południe od równika[ fotografia].

Pierwsze wrażenia? Nie za dobre. Kraj sprawia wrażenie ospałego ,bez życia i energii, typowej np. dla Południowej Azji. Tam ludzie pracują, wciąż pędzą. Tu leżą na hamakach…Szybko okazuje się, że jest tu niebezpiecznie. Gdy beztrosko wybieram się na spacer z aparatem fotograficznym na piersi ,  ochroniarz jakiegoś obiektu pokazuje mi na migi jakie to wyzywanie losu, zwyczajnie przystawiając palec do skroni w w geście trzymanego pistoletu. Błyskawicznie chowam aparat i zaczynam mieć się na baczności. Rezygnuję z samotnych spacerów, wychodzę tylko z czeskimi znajomymi, a jak idę sam na obiad do odległej  o 100 metrów restauracji czujnie rozglądam się dookoła. Któregoś dnia dowiadujemy się o organizowanym w mieście karnawale. Wprawdzie to nie ten słynny z Rio, ale zawsze coś.  Zagadnięty o imprezę recepcjonista patrzy na nas z ogromnym zdziwieniem i mówi : „Przecież mogą Was tam zabić”. Od razu nas przekonuje . Podczas polsko – czeskiego wspólnego zwiedzania miasta z ciekawością przyglądam się jego mieszkańcom. To społeczeństwo bardzo barwne ,które tworzą Biali, Kreole, Murzyni, Mulaci i Metysi .Indian jest zaledwie 1 % w blisko 200 milionowej populacji i przebywają generalnie w głębi kraju ,albo – niestety – w podmiejskich slumsach[ fotografia].

Jest biednie, zaledwie mniej więcej jednej czwartej Brazylijczyków żyje się całkiem dobrze, choć zamożność ma swoją cenę:  od reszty odgradzają się murami, strażnikami i szczelnie pozamykanymi samochodami. Za to biedna większość żyje jakby na wiecznych wakacjach i urlopach.  W każdym wieku. W dzień mnóstwo dzieci i młodzieży wałęsa się po ulicach, w nocy widzę ich przez okno ,jak grają na plaży w piłkę nożną. Nic dziwnego, że reprezentacja Brazylii ma takie wyniki. Przy naszym hotelu egzystuje kilkunastoletni chłopak. Nie chce darów w postaci np. jedzenia. Interesuje go tylko gotówka. Na co ją wydaje? Na narkotyki. Kiedy jest już gotowy, leży często wprost na chodniku[ fotografia]. Z tubylcami trudno się porozumieć, bo prawie wszyscy mówią wyłącznie po portugalsku, ale czasami udaje się znaleźć kogoś z angielskim. Jednego z takich  angielskojęzycznych pytam, z czym kojarzy mu się Polska. Myśli przez chwilę i odpowiada : „ Z Auschwitz”. Nie mam więcej pytań.

Kiedy nadarza się okazja kilkudniowej wycieczki kilkaset kilometrów od Fortalezy, nie zastanawiam się ani sekundy. Za wszelką cenę chcę wyrwać się z tego niegościnnego miasta : wściekle gorącego, i  z mieszkańcami, patrzącymi na turystę jak na zdobycz. Nie przeszkadza mi, że jestem sam wśród kilkudziesięciu Brazylijczyków z południa, z których nikt nie włada innym językiem poza ojczystym .To ludzie bogaci, dobrze  wychowani, przyjaźnie do mnie nastawieni. Naszym celem podróży jest  miasteczko Jericoacoara, słynne z imponujących wydm[fotografia], przypominających nieco te ze Słowińskiego Parku Narodowego. Tu też ustanowiono park narodowy, gdzie jednak [ nie tak jak u nas] wolno po rozległych górach piasku jeździć pojazdami typu buggy czy quad.

Są one zresztą w powszechnym użyciu w całym miasteczku, w którym nie ma nich ani metra kwadratowego bruku czy asfaltu, a ulice są wyłącznie piaszczyste .  W Jericoacoara uwalniam się nareszcie od towarzyszącego mi od początku poczucia zagrożenia i spokojnie łażę sobie wszędzie, gdzie mi się chce.  Wszyscy żyją z turystów ,więc są do nich przyjaźnie nastawieni i … nawet się uśmiechają. Co za odmiana po Fortalezie, pełnej ludzi ze złowrogim błyskiem w oczach! Muszę przyznać, że o ile mieszkańcy Brazylii jakoś nie zachwycili mnie, o tyle tamtejsza tropikalna roślinność już tak. Jest tak barwna i  różnorodna, że  wręcz paraliżuje  zmysły przybysza z zimowej Europy. Miejscowe plaże kuszą soczystym piaskiem i ciepluteńką wodą, a  ta w Jericoacoara została przez jakieś amerykańskie pismo turystyczne za najpiękniejszą plażę na świecie! Gdyby nie palące słońce, można by tam spędzać całe dni, delektując się wybornymi rybami , serwowanymi w nadmorskich knajpkach. Towar dostarczają miejscowi rybacy, którzy na połów udają się nietypowymi płaskodennymi łodziami żaglowymi[ fotografia]. Na pozór wydają się być dobre tylko na spokojną wodę ,ale  widocznie  muszą sprawdzać się też na większej fali.

Po kilku dniach wracam do Fortalezy i znowu na spacerach nie odstępuję na krok od moich czeskich kolegów. Tym razem zwracam uwagę na miejscowe auta. Wbrew rozpowszechnionej opinii nie dominują wśród nich produkowane na niemieckiej licencji „Garbusy”, tylko dziwne odmiany, niby podobne do znanych Fiatów[ fotografia] , Opli czy Renówek ,choć z pewnymi różnicami. Pewnie to miejscowa produkcja wyłącznie na brazylijski rynek.

           Mija  dziesięć dni i wszyscy spotykamy się znowu na lotnisku. Ktoś przypomina, że  początkowo był plan, by wyskoczyć w trakcie pobytu na dzień  – dwa do Rio de Janeiro,  kiedy okazało się, że loty są tanie. Jednakże po bliższym poznaniu realiów Brazylii, nikt nie zaryzykował tej wyprawy. Wszyscy za to mieli wypisaną na twarzy radość , kiedy samolot wystartował w drogę powrotną.

Marek Marcola