Japonia, a „Druga Japonia”, 2015
W sierpniu 1980 roku, na koniec pamiętnego strajku w stoczni gdańskiej, Lech Wałęsa zapowiedział zbudowanie w Polsce Drugiej Japonii. Niemal 35 lat później miałem okazję sprawdzić co z tego wyszło.
W sierpniu 1980 roku, na koniec pamiętnego strajku w stoczni gdańskiej, Lech Wałęsa zapowiedział zbudowanie w Polsce Drugiej Japonii. Niemal 35 lat później miałem okazję sprawdzić co z tego wyszło.
Po ponad 10 godzinach lotu szerokokadłubowy Airbus 330 ląduje na tokijskim lotnisku Narita. Strażnik graniczny bez żadnych pytań stempluje mi paszport pieczątką, na której widnieje pozwolenie na trzymiesięczny pobyt w Japonii. To rezultat zniesienia wiz dla Polaków, trzy dekady temu – nie do wyobrażenia. Teraz zaczynają się moje zmagania z ogromem i zawiłością komunikacji publicznej Nipponu. Najpierw należy dotrzeć do Tokio. Spośród kilku możliwości wybieram pociąg Skyliner, gdyż jego stacja docelowa znajduje się w pobliżu mojego hotelu. Do pokonania jest 65 km, co zajmuje 41 minut. Długo. Normalnemu Shinkansenowi wystarczyłaby połowa tego czasu,aletenrozpędzasiętylkodoprędkości135km/h., Wiadomo – teren zabudowany. Pociąg rusza, a za chwilę do wagonu wchodzi konduktor. Najpierw nisko kłania się podróżnym, a potem zaczyna sprawdzać bilety. Jak? Ano tak, jak na Japonię przystało. Wyjmuje smartfona, na którego ekranie ma wyświetlone opłacone i wolne miejsca. Rzut oka i już wie, czy każdy siedzi na właściwym fotelu, a przede wszystkim czy nie ma jakiegoś gapowicza. To oczywiście mało prawdopodobne, jako że wpierw należy przejść przez rogatki. Po błyskawicznym sprawdzeniu konduktor przechodzi do kolejnego wagonu, jednakże przedtem odwraca się i składa taki sam ukłon, jak przy wejściu.
Mój hotel jest dosyć skromny, ale ma tę zalety, że znajduje się blisko metra i dworca oraz nie odstrasza ceną. Pierwszą rzeczą, która rzuca mi się w oczy to czerwony „kogut” na korytarzu. Domyślam się, że świeci i wyje w przypadku zagrożenia trzęsieniem ziemi. Co wtedy należy robić? Uciekać czym prędzej na dół, byle nie windą, bo ta może utknąć między piętrami. Najlepszą drogą ewakuacyjną są zewnętrzne schody, wiodące z balkonu przy każdym pokoju wprost na ulicę.
Rozmiar stolicy przekracza wszelkie wyobrażenia. W tzw. Wielkim Tokio mieszka około 37 milionów osób, zatem jakby prawie wszyscy mieszkańcy Polski. Tyle, że tu muszą się oni pomieścić na obszarze odpowiadającym powierzchni województwa lubuskiego. Wielkość miasta najlepiej ocenić z góry jednego z wieżowców. Ja wybieram World Trade Center, wprawdzie niezbyt wysoki, bo 180 – metrowy, mimo to gwarantujący przepyszną panoramę. Z przestronnego tarasu widokowego, przez idealnie czyste szyby, widać ogrom Tokio, jego staranną zabudowę i niebywałą urodę, pokreśloną położeniem u stóp gór. Tworzą je 23 niezależne miasta – dzielnice, bez wspólnego zarządzania w postaci np. prezydenta miasta. A jednak wszystko działa tu bez zarzutu. To oczywiście zasługa pracowitych i pragmatycznych Japończyków. Patrzę na nich, jak karnie ustawiają się w kolejki do wagonów, tłoczą się w nich i jakoś wcale nie irytują. Wręcz przeciwnie. Do mistrzostwa opanowali sztukę życia w wiecznym ścisku, uśmiechają się i kłaniają nawzajem. Mają świadomość, że tak trudne warunki bytowania mogłyby zamienić ich życie w piekło. Mieszkańcy Tokio są poniekąd skazani na komunikację publiczną, bo w mieście jest mało samochodów prywatnych. Potencjalny nabywca auta musi zapewnić sobie miejsce garażowania, a to nie lada sztuka, gdyż na ulicy parkować nie wolno. To dlatego na tysiąc statystycznych Tokijczyków przypada tylko 275 aut, podczas gdy w Warszawie ten współczynnik jest ponad dwukrotnie wyższy. Zdecydowanie przewyższyliśmy również Japończyków w liczbie koszy ulicznych. Tam ich zwyczajnie prawie nie ma. Myślę, że łatwiej jest trafić milion w totolotka, niż znaleźć w Tokio miejsce na wyrzucenie śmieci, Mimo to wszędzie jest sterylnie czysto – zasada „zabierz śmieci ze sobą” działa.
Mówiąc prawdę tokijskie sklepy wcale nie rzucają na kolana. Dominują małe lokale z przeciętnym wyborem – gdzie im tam do naszych supermarketów. Takowych prawie tam nie ma. Wcale nie zazdroszczę japońskim gospodyniom, które muszą przygotować obiad mężom powracającym z wyczerpującej i długiej pracy. Na pozór jest to łatwe, gdyż w każdym sklepie można przebierać wśród gotowych dań zapakowanych w plastikowe pudełka. Wystarczy włożyć je do mikrofalówki i po kilku minutach jedzenie jest gotowe. Cóż z tego jednak, skoro te „obiady” smakują jak plastik i to wszystkie podobnie. A prawdziwe mięso zobaczyć w sklepie trudno. Mi udało się to tylko raz. Swoją drogą miejscowi na pewno wiedzą lepiej, gdzie w miarę dobrych produktów szukać. Dla turystów liczy się z kolei to, iż te plastikowe obiadki pracownicy sklepów podgrzewają na życzenie na miejscu i można je od razu skonsumować. Wychodzi to całkiem niedrogo, jakieś 10 złotych za jeden „plastik”. Kiedy już podjadło się, może człowiek zatelefonowałby do domu. Nic z tego. W Japonii nie działają nasze telefony GSM. Mają własny system operacyjny.
Z Jokohamy tylko krok do słynnego miasta Kamakura, które było stolicą Japonii w XI i XII wieku. Do dziś zachowało się tu 65 zabytkowych świątyń buddyjskich i 11 chramów szinto, czyli reprezentujących dwie główne religie Japonii. Oprócz nich jest tu jeszcze jeden obiekt, który znają miliony osób na całym świecie, nawet jak nigdy w Japonii nie były. Mowa o ponad 13 metrowym posągu Buddy odlanym z brązu, datowanym na 1252 rok, który „zagrał” w kultowym filmie „W 80 dni dookoła świata” z Davidem Nivenem i Shirley McLaine. Właśnie przy tym posągu głodny Passepartout zamierza ukraść owoce, ale w ostatnim momencie powstrzymuje się. Co ciekawe, patera z owocami nadal stoi w tym samym miejscu, nie ma za to stylowego pawilonu z boku. Zastąpił go budynek współczesny. Korzystając z dobrej jak na luty pogody spaceruję sobie od jednego zabytku do drugiego w towarzystwie dość licznych turystów. Mam szczęście, że jest poniedziałek, bo w weekend ściągają tu z Tokio i okolic dzikie tłumy. Wówczas zwiedzanie nie ma żadnego uroku. Nadmorska Kamakura narażona jest na tsunami. O tym, jak zachować się w czasie żywiołu informują wpasowane w płytki chodnikowe tabliczki z napisem: „Droga ewakuacji” i strzałką pokazującą pobliskie góry. Ostrzeżenie nie jest na wyrost, gdyż kronikarze zapisali już wiele lat z kataklizmem, który objął całe miasto i pochłonął setki ofiar. Jakby tego było mało, występują tu trzęsienia ziemi.
Pod koniec pobytu wybieram się na wycieczkę do do parku narodowego Fuji, Hakone, Izu. Zarezerwowałem ją i opłaciłem jeszcze w Polsce, oczywiście przez Internet na angielskojęzycznych stronach miejscowych biur podróży. Już od początku widzę, że trafiłem w dobre ręce. Na jednej ze tokijskiej stacji, umówionym miejscu odjazdu, czekają wystrojone w mundurki panie, aby z tłumu wyłowić potencjalnych wycieczkowiczów. Każdy dostaje nalepkę na ubranie, która potem zastępuje bilety wstępu. Wygodnym autokarem jedziemy prawie przez pół Tokio korzystając z zawieszonych w powietrzu dróg ekspresowych. Robią one wrażenie, gdyż czasami znajdują się na wysokości drugiego piętra. Potem skręcamy w drogi boczne. Cały czas bacznie przyglądam się stanowi japońskiego drogownictwa. Z satysfakcją stwierdzam, że nowe polskie drogi, budowane w ostatnich latach za unijne pieniądze są…lepsze. Oni swoimi cieszą się już od wielu dziesięcioleci, podczas których zdążyły się zestarzeć. Nasze wciąż lśnią nowością i nowoczesnością. Wreszcie, pokonawszy około 100 kilometrów docieramy na miejsce. Zajęło nam to aż półtorej godziny! Jak na tutejsze realia komunikacyjne koszmarnie długo. Tę samą trasę, tyle że w odwrotnym kierunku, szybki jak pocisk Shinkansen pokona w 30 minut. To się nazywa jazda! Ale to będzie dopiero wieczorem, teraz przed nami najsłynniejszy japoński park narodowy. Trudno w to uwierzyć, ale każdego roku odwiedza go 102 miliony osób. Najwięcej na świecie. Drugi na liście park, brytyjski Peak District może pochwalić się wynikiem „tylko” 22 milionów odwiedzających. Dla porównania, najpopularniejszy polski park narodowy, rzecz jasna Tatrzański, gości około 3,5 mln turystów. Jest akurat luty, więc tej strasznej ciżby ludzkiej nie widać, zresztą na sam szczyt o wysokości 3376 metrów wolno wspinać się jedynie w lipcu i sierpniu. My wyjeżdżamy na pułap 2100 metrów do czwartego miejsca postojowego. Dotrzeć wyżej – na piąty parking – nie pozwalają zwały śniegu. Wychodzę na zewnątrz i przyglądam się Fudżi. No cóż z bliska góra, jak góra, w sumie nic specjalnego. Kilimandżaro, Ararat czy kaukaski Kazbeg są o wiele bardziej magiczne. Nie mówiąc o szczytach Himalajów. Ale dla Japończyków to góra święta, co wynika z ich animistycznych wierzeń zawartych w religii szinto. Zerkam na licznych wokół obywateli Nipponu. Gapią się na Fudżi jak zaczarowani. Oni zdaje się rzeczywiście wierzą w jej świętość.
Jadąc z Tokio wygodnym i szybkim pociągiem na lotnisko rozpoczynam moje podsumowanie Japonii, które potem kontynuuję podczas 10 – godzinnego lotu do Warszawy. To naprawdę fascynujący kraj, który wciąż ma czym zaimponować światu. Przede wszystkim niedościgłą koleją, przeogromnym i doskonale zorganizowanym Tokio oraz wszechogarniającym postępem technologicznym. Teraz jednak złapał gospodarczą zadyszkę i drepce w miejscu. Okazało się, że całe dekady fantastycznego rozwoju okupione zostały największym na świecie zadłużeniem, które jest o wiele większe od długu Grecji, bo sięga aż 220 % produktu krajowego brutto! Poza tym na globalnym firmamencie ekonomicznym pojawiły się już nowe gwiazdy, jak np. Emiraty Arabskie, Korea Południowa, a zwłaszcza Chiny. A jak to się ma do Polski? Wiele wskazuje na to, iż Japonia swój złoty okres ma raczej za sobą, my zaś stoimy u jego progu. Pod względem rozwoju gospodarczego sporo zbliżyliśmy się do światowej czołówki. Czy będziemy kiedyś Drugą Japonią i czy powinniśmy nią być? Już lepiej idźmy własną drogą.