Afrykański ekspres: Zambia, Zimbabwe, Botswana, Rwanda. 2025

     W drugiej połowie października 2025 odbywam – wraz z moim imiennikiem, z którym kiedyś zrealizowaliśmy podróż dookoła świata  – 10 dniowy wypad doAfryki. W planie cztery kraje : 3 na południu kontynentu, a jeden na równiku. Do pokonania w powietrzu 21 tys, km

Zaczynamy od Zambii. Docieramy rano “Katarem” na lotnisko w Lusace, skąd odbiera nas hotelowy mikrobus. Nocujemy w samym centrum, potem okazuje się, że to bardziej centrum historyczne, gdyż nowoczesne jest w dzielnicy biznesowej.  W sumie lepiej, gdyż można napatrzeć się na prawdziwe życie afrykańskie, a nie na panów w garniturach. Już od razu w oczy rzucją się strażnicy z długą bronią. Czyżby było aż tak niebiezpiecznie? Wcale nie. Zambijczycy to pokojowy naród i przyjaźnie nastawiony do turystów. Lusaka to królestwo handlu, każdy stara się sprzedać co może[ fotografia]. Ale taktownie.

&. Zambijska stolica jest pozbawiona turystów. Dzięki temu sprzedawcy nie nauczyli się nachalności,  można więc spokojnie spacerować, któremu towarzyszy  tylko duże, mniej lub bardziej okazywane, zainteresowaniu tubylców. Ta część miasta, gdzie mieszkamy,  powstała w latach 70. i 80. XX wieku, dominuje więc architektoniczny modernizm. Wśród nich wybija się 90 metrowy Findeco House, znak rozpoznawczy Lusaki[ fotografia]. Niestety, nie można z jego szczytu oglądać okolicy.

&. Jacy są Zambijczycy?  Przede wszystkim młodzi, mili, uprzejmi i dynamiczni. Ten  dynamizm od razu rzuca się w oczy. Kraj jest biedny lecz wyjdzie kiedyś na prostą mając takich pracowitych obywateli. I ambitnych. Jeden z naszych kierowców, ledwie 22 – latek, planuje otworzyć myjnię samochodową. Wśród tłumu stołecznych przechodniów prawie nie widać palaczy, a już zupełnie pijanych. Za to łatwo dostrzec otyłych. Kobiety wciąż ubierają się tradycyjne stroje, nawet do pracy – fotografia.

&. Nazajutrz wsiadymy do samolotu Zambia Airways i udajemy się do miasta Livingstone. Formalnie nazywa się inaczej, ale powszechnie używa się nazwy nadanej jeszcze przez Brytyjczyków na cześć odkrywcy pobliskich wodospadów. Od razu widać, że miasto żyje z turystów. Pełno tu sklepów z pamiątkami, restauracji i różnych ofert spędzenia czasu. Biura zorganizują wyjazd do ciekawych miejsc nawet dla kilku osób. Władze Livingstone myślą o zamorskich gościach. Są nawet przejścia dla pieszych ze światłami! W stolicy ulicę najbezpieczniej przekraczałoby się w … czołgu. Mieszkańcy przyzwyczaili się do obecności cudzoziemców, choć nie w katolickim kościele Świętej Teresy[ fotografia]. Nasza obecność na Mszy Świętej wywołuje spore zainteresowanie.

&. Przed nami najbardziej oczekiwany punkt programu: Wodospady Wiktorii. Zaczynamy od strony zambijskiej. Mimo pory suchej, już od pierwszego spojrzenia robią niesamowite wrażenie, choć nie są wysokie, najwyższy strumień ma ledwie 108 metry. Ale wody rzeki Zambezi wpadają w szeroką na 1700 metrów rozpadlinę tektoniczną, czyniąc okolicę niezwykle malowniczą[ fotografia]. Wyobrażam sobie , jak zachywcił się nią pierwszy Europejczyk, który tu dotarł w 1855 roku. Mowa o misjonarzu i podróżniku Szkocie Davidzie Livingstone. Uhonorowano go za to odkrycie kilkoma pomnikami- tutaj, i w Europie.

&. Aby popatrzeć na wodospady z drugiej strony trzeba wjechać do Zimbabwe. To wcale nie takie proste. Najpierw dojeżdzamy do przejścia granicznego, gdzie odbywa odprawa zambijska[ prosta i szybka], potem jest przejazd przez imponujący most kolejowo – drogowy[ fotografia], ąż wreszcie  trzeba swoje odstać w kolejce do okienka w obskurnym, nieklimatyzowanym baraku i zapłacić 30 USD  za wizę.

 

&. Zimbwaweński brzeg Zambezi wydaje się być ciekawszy. Może dlatego dostęp do niego jest droższy…Wstęp do tamtejszego parku narodowego kosztuje 50 USD[ w Zambii 20]. Ale nikt na tym nie oszczędza. Wszędzie widać podeksycytowanych ludzi różnych ras i narodowości. Bez opamiętania pstrykają fotki spadającej wody, rzecz jasna tylko w tle, bo najważniejsza jest własna twarz, by pokazać się znajomym na Facebooku. Choć jest gorąco[ 32 stopnie] każdy w pocie czoła maszeruje wzdłuż kanionu Zambezi podziwiając kultowe wodospady[ fotografia].

 

&. Kolejny dzień spędzamy na 10 godzinnej wycieczce do Parku Narodowego Chobe. Wyruszamy wcześnie do granicy, pokonując z Livingstone 65 kilometrów niezłą drogą asfaltową. Po godzinie docieramy na prawie kilometrowy most Kazangula[ fotografia] przerzuconego nad Zambezi. Jest niezwykły. Przy nim spotykają się bowiem granice czterech krajów: Botswany, Zambii, Zimbabwe i Namibii, choć nie  jest to modelowy czwórstyk, bo do ideału zabrakło…135 metrów. Ale i tak, umieszczone przy drodze obok siebie tablice wskazujące kierunki do poszczególnych krajów robią wrażenie.

&. Botswana już na granicy pokazuje się z jak najlepszej strony. Na turystów czeka przestronna i nowoczesna  hala odpraw, jakiej próżno szukać w promieniu wielu kilometrów. Formalności trwają chwilę[ wiz nie potrzeba] i już możemy przesiąść się do wysokich samochodów terenowych. Nikogo z tutejszych nie dziwi, że po przejściu spacerują sobie guźce[ fotografia]. Wszak obiekt jest w środku prawdziwej sawanny, a one dożywiają się pozostawionymi odpadkami. To moje ulubione zwierzęta, jednak wolę je w naturalnym środowisku.

&. Wkrótce ruszamy do pobliskiego parku narodowego Chobe, by przez 3 godziny krążyć po okolicy w poszukiwaniu dzikich zwierząt. Wbrew pozorom to nie jest czas relaksu: samochód jest ciasny, dokucza okropny upał i wszechobecny kurz z wysuszonej na pieprz sawanny. Pora sucha właśnie się kończy; na tę deszczową czeka cała tutejsza flora i fauna. I deszcz spadnie dwa dni później. Wartość tutejszej przyrody doceniono już w 1967 roku, ustanawiając  park narodowy. Ma powierzchnię równą naszemu województwu świętokrzyskiemu, czyli 11.7 tys. km 2. Słynie z największej na świecie populacji słoni. Jest ich tutaj aż 120 tysięcy! Nic dziwnego, że to własnie je najłatwiej je spotkać i sfotografować.

&.Oprócz słoni żyją tu jeszcze inni przedstawiciele tzw. Wielkiej Afrykańskiej Piątki, czyli lamparty, bawoły, nosorożce i lwy. Z bliska widzimy jedynie te ostatnie. Wypoczywają sobie pod drzewem. Jak i inne zwierzęta są przyzwyczajone do obecności samochodów z ludźmi, ale jak za bardzo się zbliżają manifestują swoje niezadowolenia[ fotografia]. Ja wielką piątkę zaliczyłem już kilkakrotnie, widziałem też całe mnóstwo innych zwierząt, a tutaj najbardziej żałuję tego, że po raz kolejny nie zobaczyłem geparda, zwłaszcza w ruchu ruchu[ może osiągnąćdo135k/h].

&. Z samochodów przesiadamy się na łodzie, by popływać po rzece Chobe, która jest dopływem Zambezi. Mam tzw. mieszane uczucia względem tego rejsu, bo wprawdzie widać sporo zwierząt, ale wokół jest –  jak dla mnie – za dużo cywilizacji. Tak czy inaczej. łatwo tu “upolować” słonie, krokodyle i hipopotamy[ fotografia].

&. W sumie to bardzo ciekawy punkt na mapie. Otóż po drugiej stronie rzeki ciągnie się długi na 400 i szeroki na 30 kilometrów tzw. Pas Capriviego, którego nazwa wywodzi się od nazwiska  drugiego kanclerza Niemiec, który w 1890 roku zawarł z Anglikami układ o wymianie kolonialnych terytoriów. II Rzesza otrzymała dostęp swej kolonii do rzeki Zambezi, a Imperium Brytyjskie pełną akceptację władzy w Afryce Wschodniej. Chyba jednak słynący z dokadności sygnatariusze niezbyt precyzyjnie wyznaczyli wspomniane terytorium, bo do dziś trwa spór graniczny między Botswaną a Namibią, m.inn. o wyspę na rzece Chobe. To dlatego władze w Gaborone utrzymują stały posterunek wojskowy przy brzegu[ fotografia].

&. 21 października, zgodnie  z planem wyjazdu, stawiamy się w malutkim porcie lotniczym Livingstone[ fotografia]. W środku jest zupełnie pusto. Zaciekawiona pani z obsługi pyta, co tam robimy. No, przecież lecimy do Lusaki. Tyle że tego dnia nie ma takiego lotu. Odwołano go.  Szkoda tylko, że linie lotnicze zapomniały nas o tym poinformować. Wracamy do hotelu, który na szczęście ma wolne miejsce i nas przenocuje.

&. Mając dodatkowy dzień do dyspozycji decydujemy się pojechać jeszcze raz do Zimbabwe. Prosimy o pomoc taksówkarza w Livingston. Zawozi nas do granicy i umawia resztę wycieczki ze znajomym z drugiej strony. Na przejściu czeka człowiek, który przetransportuje nas przez most. Tam zostajemy przejęci przez innego taksówkarza, który na pamięć wie, co warto nam pokazać. Najpierw jedziemy do Loockout Cafe, skąd widać efektowny kanion Zaambezi, potem docieramy do Victoria Falls Hotel[ założony w 1904 roku, oferuje przystępne ceny zaczynające się od… 550 USD za noc] , potem oglądamy zabytkowy stojący pociąg i przyglądamy się również innemu, ale jadącemu. Punkt kolejny to tzw. Wielkie Drzewo, czyli 1200 – letni baobab[ fotografia], a na koniec zwiedzamy centrum pobliskiego miasteczka.

&. Nazajutrz z duszą na ramieniu[ a nuż znowu odwołają lot] zjawiamy się na livingstońskim lotnisku. Tym razem wszystko w porządku. Na płycie czeka na nas Bombardier Dash 8 [ fotografia]. Stary, ale jary.  Od tego momentu rozpoczynamy powrót do domu, co oznacza w praktyce, że codziennie, przez 4 dni,  będziemy samolotem pokonywać kolejny etap  do Polski: Livingstone – Lusaka – Kigali – Doha – Warszawa . W sumie przlecimy przez 10 dni 21 tys. km

&. Analizując przed wyjazdem poszczególne kraje sądziłem, że największą biedę spotkamy w Rwandzie. Wszak ledwie 30 lat temu doszło tam do plemiennej rzezi, w której zginęło nawet milion osób. Do stołecznego Kigali przylatujemy, kiedy jest już ciemno. Samochód hotelowy przywozi nas na nocleg. Po drodze patrzę uważnie na miasto i własnym oczom nie wierzę. Czysto, dobre samochody, ruch regulowany światłami, eleganckie sklepy. “Pewnie mi się przywidziało, bo było ciemno” – myślę sobie nad ranem. Ale przy dziennym świetle okazało się, że jest jeszcze lepiej, są nawet ścieżki rowerowe[ fotografia], choć rowerów na nich prawie nie widać. Pewnie za gorąco[ równik jest tuż, tuż].  Kigali bardziej przypomina miasta leżące w Ameryce czy Europie, niż afrykańskie stolice.

&. Bierzemy taxi i krążymy po mieście. Jest pięknie położone na wzgórzach, na wysokości około 1500 n.p.m. Centralnym punktem jest oryginalne Centrum Kongresowe[ fotografia], mogące pomieścić 2600 osób. Otaczają je nowoczesne budynki. Nigdzie w stolicy nie widać żebraków, ani ulicznych sprzedawców typowych dla tego kontynentu.

&. Rzeczą charakterystyczną dla Kigali jest ogromna liczba motocykli, które służą za taksówki. Na pewno małe wymiary ułatwiają im poruszanie się w korkach, ale też na stromych i krętych ulicach. Szkoda, że mamy ledwie kilka godzina na zwiedzanie, trzeba lecieć dalej. Na lotnisko odwozi nas samochód z hotelu. Przy punkcie kontrolnym trzeba się zatrzymać i wyłożyć na zewnątrz bagaże. Po chwili widzę, jak obwąchują je psy. Wszystko jasne: szukają narkotyków. Rwanda to dawna kolonia belgijska, stąd też docierają tu samoloty z Brukseli. Z Amsterdamu i Londynu też, podobnie jak i z Dohy. Sporo dalekodystansowych połączeń jak na mały kraj.

 W samolocie powrotnym jak zwykle robię podsumowanie podróży. Pzez blisko dekadę  nie byłem w Afryce Subsaharyjskiej. Na pozór niewiele się zmieniło, ale z bliska widać jakiś większy dynamizm i rozwój. Idzie na lepsze. Sklepy sa pełne dobrych towarów, aut jest coraz więcej, ludzie częściej się uśmiechają, biedy jakby mniej. Powiało nadzieją.

Marek Marcola