Kambodża – turystyka szansą[ 2012]

Przy przekraczaniu granicy tajsko – khmerskiej spełnia się moje marzenie. Wreszcie mogę zobaczyć, jak wygląda zmiana ruchu z lewostronnego na prawostronny. Zwykle wyobrażałem sobie jakieś skomplikowane estakady, które bezkolizyjnie skierują ruch na własciwe strony. Ale nie tutaj.

Tutaj po prostu zostawiono to kierowcom. Na tzw. pasie ziemi niczyjej odbywa się stosowna zmiana bez jakiegokolwiek nadzoru. I to działa!

Działa dlatego, że ruch jest niewielki, złożony przynajmniej w połowie z pchanych przez ludzi wielkich wózków z towarami. Gdyby było tu więcej aut doszło by niechybnie do blokady.

Już po kilku kilometrach łatwo się zorientować, że Kambodża jest o wiele biedniejsza od tajskiego sąsiada. Nie powinno to dziwić, jeżeli zna się historię tego kraju. Aż roi się w niej od kolonizatorów z Europy i najeźdżców z Azji. Ale najgorszy był wróg wewnętrzny w postaci Czerwonych Khmerów. W wyniku ich rządów, które trwały zaledwie 4 lata śmierć poniosło ponad 20 % mieszkańców kraju! Zamknięto fabryki, szkoły, szpitale, zlikwidowano pieniądze, własność prywatną oraz zabroniono praktyk religijnych. Wysiedloną z miast ludność zmuszono do pracy na roli. W odwiedzanej wiosce mamy okazję przyjrzeć się, jak wygląda np. zbiór ryżu, kiedy ludzie stoją po kolana w wodzie.

Praca nad wyraz ciężka, nawet dla przyzwyczajonych do tego wieśniaków. A cóż dopiero dla inteligencji ze stolicy. Nic dziwnego, że masowo przy niej umierali. Widać to po przekroju pokoloniowym khmerskiego społeczeństwa. Jest bardzo dużo młodzieży, z kolei brakuje osób starszych.

Dalej nasza trasa prowadzi do jeziora Tonle Sap. To niezwykłe jezioro. Jest połączone rzeką o tej samej nazwie z Mekongiem. Podczas pory deszczowej wpływają tu jego wody i obszar jeziora zwiększa się sześciokrotnie. Co ciekawe, na jeziorze sa pływające wioski i jedną z nich właśnie odwiedzamy. Jest niesamowita! Domy, szkoła, kościół, sklep unoszą się na wodzie. Środowisko wodne jest naturalne dla jej mieszkańców, do tego stopnia, że widać małe dzieci, które same poruszają się na łódkach. U nas rodzice umarliby ze strachu.

W tej pływającej wiosce w pełni uświadamiam sobie turystyczny potencjał tego kraju. Zwiedziłem kawał świata, ale jeszcze czegoś podobnego nie widziałem. Póki co jest to wszystko naturalne, ale wraz z napływem turystów, taka wioska na pewno się skomercjalizuje. Ale turysta oznacza pieniądze, a Kambodża potrzebuje ich bez liku. Co rozwój turystyki może zrobić dobrego widać na przykładzie Siem Reap. Odkąd pojawili się tu tłumnie turyści miasto gospodarczo kwitnie.

 

A wszystko dlatego, że w jego pobliżu znajduje się kompleks Angkor, który w okresie IX – XV wiek  był stolicą Imperium Khmerskiego – stanowiąc wówczas  największe miasto świata, gdzie na obszarze 400 km 2 mieszkało milion osób. Po przeniesieniu w 1432 roku stolicy do Phnom Penh Angkor  powoli opustoszał i popadł w zapomnienie. W 1861 roku odkrył go francuski podróżnik Henri Mouhot.

 

Cały kompleks składa się z pozostałości miasta królewskiego i  różnych świątyń, z których najważniejsza to Ankor Wat, nad którą górują wieże, sięgające nawet 65 metrów. Ale najcenniejszym fragmentem są płaskorzeźby o łącznej długości 900 metrów. To prawdziwe dzieło sztuki, zawierające 20 tysiecy postaci, poświęcone jest bóstwom hinduistycznym.

Z kolei świątynia Bajon miała charakter buddyjski, ale te dwie religie nie były ze sobą w Państwie Khmerów w sprzeczności, tylko w koegzystencji. Kiedy Angkor stracił funkcje stołeczne i zaczął pustoszeć powoli wkroczyła tu dżungla. Do dziś widać w wielu miejscach, jak drzewa splotły się z murami zabytkowych budowli, co daje niezwykły efekt wizualny.

 

Z żalem wyjeżdżam z Kambodży. Mam świadomość, że jest tam jeszcze wiele do zobaczenia. Z jednej strony dobrze, że jest taka pierwotna i w dużym stopniu nieskażona globalizacją, z drugiej jednak potrzebuje dalszych zmian, by ludzie wreszcie zaczęli żyć na miarę XXI wieku. Dość się już nabiedowali.

Marek Marcola